środa, 28 października 2015

One- shot "Mało znana historia"

Czekacie na kolejny rozdział? Ni ma ;-; Musicie czekać ale na umilenie mam coś.  One Shot o naszym kochanym gajowym <3 Wierzcie mi to nie będzie nic zwyczajnego :') Nie będzie tak długi jak moje normalne rozdziały ale jest ile jest :') Pozdrawiam!
Najlepiej słuchać tego -ponieważ to mnie właśnie natchnęło.
  Chłopiec wydął usta obrażony. Ściągnął brwi, a oczy zaszklone jakgdyby miał zaraz zacząć płakać. Za jedną dłoń trzymała go dziewczynka o połowe od niego niższa. Moze to dlatego że ona była normalna a on pół olbrzymem. Jedenastoletnim pół olbrzymem liczącym ponad 170 centymetrów. Miał ogromne serce i był bardzo wrażliwy w co nie do końca można było uwierzyć na pierwszy rzut oka. Wielką dłonią otarł mokre policzki małej dziewczynki w tym samym wieku co on sam. Nienawidził Riddla. Za to jaki był oschły dla niego i dla jego towarzyszki. Drwin nie było końca odkąd tylko tu przybył. "Pół olbrzym i szlama och jaka słodka dobrana para. Dwa dziwadła!" roześmiał się Tom widząc ich po raz pierwszy. Włosy niechlujnie opadały mu na lewe oko. Rubeus nie przepadał za nim ale nigdy mu nic nie zrobił. Wszystko dzięki Blance która zawsze pomagała mu się uspokoić.
 -Nie warto Rubi. -głosem jak skowronek zaczęła ciągać go za palec przez korytarze. Ciemne włoski miała zaplecione w dwa warkoczyki. Okrągłe błękitne oczka wpatrzone były przed siebie. Kochała tego olbrzyma jak własnego brata. W końcu doszli na dziedziniec. Odwróciła się do niego i przechyliła drobną główkę która była w wielkości jego dłoni. Była taka drobna porównując z Rubeusem. Taka delikatna i słodziutka. -Może zagrajmy w to co widzę?
 - Dobrze. -odezwał się chłopiec. Usiadł na trawie obok ławki. Nie miał jakiegoś donośnego głosu. Był to zwyczajny dość wysoki głosik jedenastolatka. Blanka rozejrzała się po dziedzińcu i rozpoczęła zabawę słowami "To co widzę... Jest z naszego domu i ma odznakę..." -Czyżby William? Zawsze przechodzi o tej porze obok dziedzińca.
 - Brawo! To on. Świetnie. Teraz ty! -chwyciła za swoje warkocze i zaczęła się nimi bawić nie spuszczając wzroku z pół olbrzyma. Hagrid zaczął nerwowo przygryzać wargę a jego ciemne oczy zaczęły błądzić po dziedzińcu. Zauważył małego ptaszka siedzącego na gałązce. Tak małego że mógłby go zgnieść gdyby go złapał. Szare miał piórka i ciemny dzióbek. Nie znał się może na ptakach ale wiedział że jest śliczny. Zaczął więc słowami podobnymi do dziewczyny "To co widzę.. Jest szare i piękne." Dziewczynka zmarszczyła nos. Nie wiedziała co może być szarego i do tego jeszcze pięknego oprócz kamieni. Ale one nie były piękne. Były szare i zwyczajne. Wzruszyła ramionami. Chłopiec swoją potężną ręką wskazał na drzewo. Nagle słychać było wysoki śmiech dziewczynki. Też uważała że jest piękny ale po raz pierwszy przegrała z ciemnowłosym. -Wygrałeś! Jesteś super. Rubi a weźmiesz mnie na barana? Rubi proszę! Chcę popatrzeć na wszystkich z góry. Proszę, proszę, proszę!
 - No dobrze. -bąknął. Dziewczynka wyciągnęła w jego stronę ręce a ten bez najmniejszych przeszkód posadził ją sobie na ramionach. Wstał z ziemi. Poczuł jak Blanka chwyta mocniej za jego długie, ciemne włosy. Ruszyli tak razem przez korytarz. Dziewczynka śmiała się radośnie. I palcem wskazywała na każdego co czasami witało się z jakąś mało przyjemną uwagą. Brunetce to nie przeszkadzało. Jedną ręką otoczyła jego szyję, a drugą machała do wszystkich. W końcu wpadli na dyrektora który zmroził ich wzrokiem a tym bardziej małą dziewczynkę która starała się schować w włosach pół-olbrzyma. -Przepraszamy. Bibi może zejdziesz?
 Blanka przytaknęła delikatnie. Zeskoczyła z pleców chłopaka po czym chwyciła szybko za jego dłoń. Jasne oczka wpatrywały się w Rubeusa z zaciekawieniem. Zawsze tak na niego patrzyła. Odkąd się poznali.
 A poznali się w pociągu. Chłopiec ze swoimi rzeczami zajął jeden przedział i choć wiele osób cisnęło się na korytarzu to nikt nie chciał usiąść blisko pół olbrzyma. Chłopiec więc siedział sam. Nagle usłyszał krzyk. Był to wysoki głos. Zerwał się zostawiając wszystkie rzeczy w przedziale. Nie martwił się że coś mu kradną. Nic ważnego tam nie miał. Wyszedł na korytarz i zaczął iść za wysokim, piskliwym głosem. Zauważył trzech chłopców stojących nad małą dziewczynką. Siedziała na ziemi opierając się o ścianę. Twarz miała ukrytą w dłoniach. Jeden z nich chwycił ją za kucyka by ta się podniosła. Miała oczy całe zaczerwienione i podrażnione policzki. Najwyższy z trójki podszedł do niej i wyciągnął różdżkę przytykając koniec dokładnie do czubka jej małego noska. Jego oczy patrzyły z małymi płomyczkami złości na niczego winną dziewczynkę. Rubeus podszedł od razu. Wywołało to śmiech ze strony chłopców. Co tam że był o głowę jak nie więcej od nich wyższy. Wyglądał jak dzieciak który tylko wyrósł przed wcześniej. Nie widzieli w nim żadnego przeciwnika. Chłopak stojący koło dziewczynki miał ciemne włosy które układały się w fale do linii podbródka i do tego typowo wężowe oczy koloru nieba chodź z piwnymi przebarwieniami w okół obwódki. Pół olbrzym stanął na przeciw niego z jak najgroźniejszą miną co wywołało jeszcze większy śmiech. Nawet mała dziewczynka się nie bała. Wiedziała że przyszedł ją ratować. Ją, czarodziejkę mugolskiego pochodzenia, szlamę która nie powinna być w Hogwarcie a przynajmniej tak wmawiali jej chwilę temu chłopcy. Podbiegła do niego unikając trzeciego z koleżków wężookiego. Schowała się za nim i tylko delikatnie zza niego zaglądała. Tom bo tak też nazwał się chłopak o ciemnych falach odwrócił się do swoich kolegów i się wycofał rzucając jeszcze "To nie koniec szlamo." Znowu Rubeus usłyszał ciche pochlipywanie tym razem stłumione przez jego szary sweter.
 To było jedno z miłych wspomnień związanych z tą szkołą. Blanka, mała Blaneczka nękana przez Riddla i jego bandę z powodu tego że jej rodzice nie byli czarodziejami. Toż to dla niego było okropne kiedy tylko chwilę razem nie byli a dziewczynka jak na złość wpadała na grupę opryszków. Był jej osobistym rycerzem. Lubił być jej rycerzem. Odwrócił się do niej kiedy stanieli przed obrazem grubej damy. Brunetka podeszła do kobiety namalowanej na płótnie. Pilnowała wejścia od dawien dawna więc od razu poprosiła o hasło. Blanka nie myślała długo. Znała je bardzo dobrze. "Czekoladowe żaby!" krzyknęła wtedy radośnie odwracając się go Hagrida który uśmiechnął się od ucha do ucha. Wpadii razem do pokoju wspólnego. Chłopak usiadł koło kominka, a dziewczynka na jednym z jego kolan. Oparła się o niego i przymknęła na chwile oczka. Chwila okazała się dłuższa. Usłyszał ciche chrapanie Bibi. Nie przeszkadzało mu to że zasnęła. Lubił kiedy była blisko. Wiedział wtedy, że nic jej się nie stanie. Delikatnie przejechał dłonią po jej włosach. Wydawała się teraz jeszcze mniejsza i jeszcze bardziej delikatniejsza. Jak mały porcelanowy aniołeczek który mu dała za uratowanie od złych chłopców. Kiedy spała miała delikatnie rozchylone rumiane usteczka a jeden z warkoczyków opadł jej na twarz przykrywając oczy. "Jak laleczka" pomyślał. Dziewczynka zaczęła się wiercić. Jedna dłoń wylądowała na ramieniu pół olbrzyma, głowa na drugim kolanie, a nogi zwisały bezwładnie. Rubeus rozejrzał się bo pokoju przy okazji próbując nie budzić małej. Parę było osób ponieważ większość przesiadywała na dworze. Był to w końcu dzień wolny od zajęć.I ta mała grupka grała w karty śmiejąc się radośnie, dosyć głośno lecz widocznie nie na tyle by zbudzić Bibi. Jedna dziewczyna siedząca na kanapie przyglądała się jemu uważnie. Miała loki w kolorze miedzi i oczy w kolorze piwa, nos obsypany piegami i długie rzęsy.
 - To twoja siostra? -spytała. Miała melodyjny głos. Czysty wpasowujący się w alt. Hagrid zaprzeczył i szybko opowiedział o tym kim jest dla niego mała dziewczynka która znowu stwierdziła że zmieni pozycję i teraz spała twarzą odwróconą do jego brzucha, podkuliła nogi a dłońmi próbowała go objąć, zaciskała wyjątkowo mocno powieki jak gdyby śnił jej się koszmar. -To bardzo miłe z twojej strony. Taki przyjaciel to dla niej na pewno skarb. Widziałam tych opryszków niedawno. Nękali jakiegoś chłopaka. Banda wyplujek. Jak można być tak okrutnym dla takich dzieciaków jak ona czy on. To jest nie ludzkie.
 Przytaknął. Mądrze mówiła. Przeniósł wzrok na dziewczynkę która patrzyła na niego swymi wielkimi oczami. Nawet nie poczuł że nie śpi. Dolna warga jej zadrżała a na podbródku pojawiła się podkówka. Po chwili było słychać tylko jej szloch. Wtuliła się w niego jak w wielkiego pluszowego misia i płakała w jego szaty. Nie przerywał jej. Nie obchodził go mundurek, a raczej to co jej się stało. Jednym palcem uniósł jej podbródek tak że widział jej zaczerwienione oczka i intensywnie niebieskie tęczówki.
 - Dlaczego oni tak bardzo mnie nie lubią Regi? Co ja takiego zrobiłam? -spytała. Głos jej drżał i był coraz to bardziej piskliwy.
 - Nic nie zrobiłaś. -powiedział. Pocałował jej czoło tak jak to robił jego tato kiedy bał się potworów w szafie. Nie ma potworów w szafie są tylko ludzie jak Tom. Blanka zamrugała parę razy i uniosła delikatnie kącik ust. Kochała go tak bardzo mocno że nawet nie wyobrażała sobie co by było gdyby go nie było. -Zawsze będę cię bronił. Obiecuję.
***
 - Co się z nią stało? -spytał Harry dopijając herbatę. Nawet nie zauważył łez pół olbrzyma które już zniknęły w gęstej brodzie. Hermiona siedząca tuż obok też była tego ciekawa podobnie jak Ron. Urwał tak tą historię że nie wiedzieli co się stało dalej. Ron wziął kolejne ciasteczko które chodź było niczym kamień to mu smakowało. -Hagrid?
 - Co się stało z Bibi? -Hagrid spojrzał na półeczkę nad kominkiem gdzie stał mały porcelanowy aniołeczek i zdjęcie. Bardzo wyblakłe chodź jeszcze można było dojrzeć młodego chłopca i dziewczynkę siedząca na jednym jego ramieniu. Obydwoje machali. To był rok zanim go wyrzucili. Odwrócił się przy okazji ocierając kolejne łzy. -Nie żyje. Zmarła w młodym wieku. Nie skończyła nawet hogwartu. Pamiętałem ją zawsze jako tą małą dziewczynkę. Nawet trzy lata po naszej znajomości kiedy to wyrosła a jednak nadal była taka maleńka i delikatna jak kwiatuszek. Obiecałem że zawsze będę ją bronił. Skąd wiedziałem że mnie wyleją ze szkoły?
 - Hagrid co jej się stało? -spytała dziewczyna. Miała parę swoich teorii ale chciała usłyszeć tą jedną prawdziwą od właśnie gajowego. Rubeus spojrzał na całą trójkę. Chciał choć unieść kącik ust pokazując że wszystko jest dobrze. Przecież nie było.
 - Nękali ją po tym jak mnie wywalili. Riddle i cała ta jego kompania od siedmiu boleści. Potem jeden z nich ją zabił. Zapędzili ją w kozi róg i bawili jak kot myszką. Torturowali... A ja mówiłem że nic jej się nie stanie. Obiecałem jej to dokładnie dzień przed zanim mnie wyrzucili. -westchnął. Po raz kolejny spojrzał na zdjęcie. Podszedł do niego i ściągnął z półeczki. Położył je na stole tuż przed chłopcem który przeżył i jego przyjaciółmi. -To ona a to ja. Mówiłem że była jak laleczka. Kochałem ją, a najbardziej na trzecim roku. Tak, to ten na którym mnie wyrzucili cholipka. Gdyby nie ten durny Riddle byłbym wtedy z nią. I ona by żyła. Może... Może nawet by ze mną była. Cóż. Czas się zbierać moi mili. Jeszcze was ta różowa lafirynda ochrzani.

poniedziałek, 5 października 2015

Rozdział XXIII

Mała brunetka naburmuszyła się kiedy wcisnęli ją w różową sukienkę z kokardkami. Włoski zapletli w dwa warkocze które opadały jej na ramionka. Tłuste rączki założyła sobie na piersiach. Usta zacisnęła w cienką linię, a brwi ściągnęła tworząc zmarszczę po między nimi. Piątki zaciśnięte. Na szyi srebrny łańcuszek. Rodzice zachęcali ją miłymi słowami by podeszła do chłopczyka który był od niej prawie rok starszy. Włosy ciemne przylizane i zaczesane idealnie grzebieniem. Widać było w tym rękę ojca. Zmrużyła pistacjowe oczka mierząc go wzrokiem jakby myślała czy zasługuje w ogóle na to by się z nią bawić. Koło chłopca stała trochę starsza dziewczyna która uśmiechała się miło do brunetki. Dziewczynka nie odwzajemniła uśmiechu ale schowała się za nogami swojej mamy. Ta tylko roześmiała się radośnie i spojrzała na swojego męża. Mężczyzna spojrzał na rodzinę chłopczyka.
 - Ellie to jest Nathan. Od dziś będziecie się przyjaźnić. –Powiedziała mama i odwróciła się do dziewczynki, która uniosła tylko dłonie. To nie ona chciała się z nim przyjaźnić tylko jej rodzice. Nie przypadł jej do gustu. Już wolała się bawić z jego siostrą niż  z nim. Zaprzeczyła potrząsając główką. –Skąd wiesz Ellie? Nawet go nie znasz ale już go słońce oceniasz. Nathan to jest Ellie. Ellie przywitaj się ładnie. Przecież masz dziku język, w tej małej gąbce.
 - Cześć. –powiedziała tym wysokim głosikiem jaki to mają małe dzieci. Podeszła do chłopczyka i wyciągnęła małą pulchną dłoń. Chłopiec chwycił ją i odpowiedział tymi samymi słowami. –Chodź ze mną do piaskownicy. Babki będziemy robić. Chodź Nathan, chodź! No chodź.
Chwyciła go za rączkę i zaczęła go ciągnąć na tył domu gdzie znajdowała się piaskownica, huśtawki, zjeżdżalnia i wszystkie inne rzeczy potrzebne do szczęścia czterolatki. Rodzice dzieci roześmiali się widząc jak Eleanore uparcie ciągnie chłopczyka do piaskownicy nie zwracając na to że już parę razy prawie się przewrócił. Starsza siostra chłopczyka pobiegła za nimi i była jako pierwsza na tyle domu Ellie. Zajęła huśtawkę a dwójka maluszków piaskownicę. Brunetka nie zwracała uwagi na to że jest w pantofelkach i w białych rajtuzach. Ważne było robienie teraz babek. Wzięła różową foremkę w kształcie dinozaura i fioletową łopatką zaczęła nakładać do środka jasny piasek. Nathan za to rączkami robił wielki kopiec. Po chwili jednak stwierdził że nie ma okienek i wyrwał dziewczynce łopatkę. Dziewczynka rozpłakałaby się gdyby nie to że już miała idealnie nałożony piasek. Odwróciła babkę kładąc ją na piasku. Chwyciła grabki i zaczęła nimi uderzać mówiąc znany wierszyk „Babko, babko udaj się, jak się nie udasz co cię zjem”. Po czym szybko wzięła foremkę i zobaczyła pięknego dinozaura. Do ich dwójki podszedł mężczyzna. Trochę starszy od jej ojca z aparatem fotograficznym.  Już miał im robić zdjęcie kiedy Nathan ze złowieszczym uśmieszkiem pociągnął ją za warkoczyk. Zrobiła podkówkę i ze złości rozwaliła jego kopiec. Po rumianych pulchnych policzkach zaczęły spływać łezki. Wydęła małe ustka i wybiegła z piaskownicy zanosząc się płaczem. Podbiegła do taty i wyciągnęła ku niemu rączki. Mężczyzna wziął ją na ręce. Miała idealny widok na zadowolonego z siebie Nathana. Jego szczęście jednak nie trwało wiecznie. Matka chwyciła go za ucho i odciągnęła od wszystkich. Ellie skrzywiła się. Nigdy jej nie uderzyli, nawet kiedy urządziła histerię stulecia. Znowu w jej oczkach pojawiły się łzy. W jej młodym umyśle pojawiła się myśl Fakt, że to przez nią Nathan zostanie zbity. Spojrzała na tatę. Swoimi oczkami podobnymi do niego. Dotknęła jego polczka. Nachyliła się tak by tylko on słyszał i szepnęła łamiącym się głosem.
- To moja wina tato. –poczuła jego dłoń na swojej główce. Głaskał ją i mówił ciepłe słowa. Nagle zapomniała o tym. Ciepłe słowa podziałały na nią jak zaklęcie zapomnienia. Chłopiec przyszedł do nich dopiero po chwili. Miał całe zaczerwienione oczy i czerwone od łez policzki. Spojrzała na niego po czym kazała tacie siebie opuścić. Stanęła naprzeciwko niego. –Tańcz Nathan. Tata puść muzykę.
 Nagle słychać było w tle The Chordetts- Mr Sadmone. Dziewczyna uwielbiała tą melodie i zaczęła do niej tańczyć. Chwyciła chłopca za rączki i razem z nim zaczęli się kręcić w kółeczko. Zapomniała nagle o tym że ciągał ją za warkoczyki. Ważna była dla niej ta chwila która może przecież zaraz się skończyć. Swoimi zielonymi oczami spojrzała na rodziców który stali koło siebie i trzymali się za ręce. Ten widok był piękny. Wszystko było piękne w oczach 4 letniej Ellie. Świat był piękny. Kolory były piękne. Zwierzątka były piękne. Nagle w połowie utworu wszystko się zadziało bardzo szybko. Parę czarnych obłoków pojawiło się obok państwa O’Collmelanów i  Freyów. Dzieciaki nie wiedziały o co chodzi. Nie rozumiały strachu w oczach ich matek i spokoju w oczach ich ojców. Mała Ellie chwyciła za małą rączkę Nathana. Niepokój. Ta emocja ogarnęła całe jej ciało. Z czarnych obłoków zaczęły wychodzić postacie. Ubrane w czerń. Większość nie znała chodź jedną osobę z twarzy poznała. To był Czarny pan. Puściła się nagle chłopczyka i podbiegła do mamy. W tle nadal brzmiała piosenka którą puścili minutkę wcześniej. Felix Fray podszedł wraz z ojcem Nathana do czarnego pana. Mama dziewczynki jakby wiedziała co ma zrobić. Wycofała się do domu wraz z panią O’Collmelan i jej dziećmi. Córka chciała zostać ale bała się gniewu matki i posłusznie za nią ruszyła. Weszli od strony tarasu wprost do kuchnio salonu. Dzieciaki od razu rzuciły się na kanapę. Mała Ellie spojrzała na mamę i podbiegła do kaset z bajkami i filmami poszukując tej jednej bajki. Zakochanego Kundla. Podała ją swojej mamie po czym wygodnie usadowiła się na kanapie tuż obok dziewczynki która oddzielała ją od Nathaniela.  Szybko zrzuciła pantofle i podciągnęła kolana prawie pod sam nos. Otoczyła je rękoma i tym sposobem zaczęła oglądać bajkę.

Nigdy nie przywyknę do podróży samolotem. Żołądek nagle się znajduje mi pod gardłem kiedy starujemy. Odwróciłam się do siedzącej obok mnie Petry która uśmiechnęła się blado i podała mi dłoń mówiąc bym ścisnęła ją jeśli się boję. Tak więc podczas startu i w czasie turbulencji zacisnęłam swoją dłoń na dłoni tak mocno że widziałam jak się krzywi ale mówiła że to nic. Jej popielate włosy czasami przybierały barwy pastelowej czerwieni ale jednak utrzymywała je w kolorze popieli. Opowiadała mi jak to jest mieszkać na Bawarii, a  w szczególności w jej wiosce gdzie są trzy domy na krzyż i jedna mała kapliczka. Mówiła jak tam jest spokojnie i jeśli mam słaby sen to krowy mnie będą budzić. Po za tym opowiadała o swoich dzieciach które na zimę przyjechały do niej z wielu szkół. Zamrugałam. Czyżby miała aż tyle dzieci? Kobieta zaśmiała się i powiedziała że ma piątkę swoich i dwójkę adoptowanych. Poczułam jak ściska mnie w żołądku. Tyle lat i nie wiedziałam nic o tym że mam tyle kuzynostwa. Mama zawsze mówiła że ciotka za nią i za mną nie przepada. Bolało mnie to ale teraz jeszcze bardziej boli mnie to że mama mnie okłamała w żywe oczy. Ciocia petra była najmilszą kobietą na świecie. Miała siódemkę dzieci. W tym jedno już skończyło szkołę, a dokładnie Hogwart. Bąknęłam coś o moim bezpieczeństwie. Pobladła na twarzy. Położyła mi rękę na ramieniu.
 - Na ziemi nie ma bardziej bezpieczniejszego miejsca niż nasz dom. –powiedziała mi w żywe oczy nie odwracają wzroku ani na mini sekundę. Przeczuwałam że coś musiało być na rzeczy. –Czarny pan cię tu nie znajdzie nawet jeśli miałby takie możliwości by przelecieć kanał i trafić do Bawarii. To nie możliwe. Jest chroniony specjalnie dla ciebie chyba nawet bardziej niż bank na Pokątnej. Będziesz tam bezpieczna Ellie. Nie dosięgnie cię tam. Mój mąż porozmawiał z każdym naszym dzieckiem. To boli nawet teraz kiedy mówię. Moje dzieci, moje kochane rodzone dzieci musiały przejść rozmowę z moim mężem jak gdyby byli oskarżeni o morderstwo. Każdy z nich był pytany i sprawdzany czy dla niego działa. Nie chciałabym nawet myśleć co by się stało gdyby mój mąż odkrył że jedno z nich jest po tamtej stronie. Beniamin uczy się w drumstrangu. Jest w twoim wieku i to o niego najbardziej się obawialiśmy. Drumstrang nie jest złą szkołą. Tyle że tam jest tak dużo czarnej magii. Caleb to ten który skończył Hogwart. Jestem z niego dumna. Jest Aurorem i ogólnie pracuje w Ministerstwie. Ledwo udało mu się załatwić urlop. O niego też się obawialiśmy i to z nim mąż przeprowadził najdłuższą rozmowę. Po Beniaminie o dwa lata od niego młodsza jest Tessa która uczy się w tej francuskiej szkole. Nie potrafię wypowiedzieć jej nazwy. Tessa jest za mała jednakże i tak musieliśmy choćby ją zapytać. Po Tessie są bliźniaczki które adoptowałyśmy pochodzące z Indii. Leah i Brigid. Kochane dziewczynki chodzą do szkoły razem z Tessą. Są od ciebie o trzy lata młodsze. Słoneczka moje. Jeszcze pamiętam jak z Josephem polecieliśmy po nie. One też przeszły rozmowę. Razem. Poznałyśmy wiele historii o których nawet nie śniliśmy ale one same nie należały do nich. No i ostatni bliźniacy którzy przymierzają się w następnym roku do Hogwartu. Isaac i Noah. To są postniki więc uważaj. Nagle obudzisz się z Eliasem w łóżku. To ich tarantula więc ostrzegam. Z nimi nie rozmawialiśmy tylko i wytłumaczyliśmy że nie wolno mówić obcym osobą o tym że tu przebywasz. Isaac młodszy z bliźniaków powiedział że nic nie piśnie ale masz się z nimi bawić. Pewnie też myślisz które odziedziczyło to co mam na głowie. Noah i Tessa.
 W wyobraźni widziałam siebie bawiącą się z dwójką chłopców. Raczej nie miałam ręki do dzieci chodź tak naprawdę to nigdy nie robiłam za niańkę. Nawet w Hogwarcie raczej pierwszaki nie przychodziły do mnie i nie prosiły o pomoc. Nie wiem jak to będzie ale nie zastanawiałam się teraz zwłaszcza kiedy jesteśmy wysoko, wysoko w przestworzach. Szanse na to że się rozbijemy są może nie duże ale najgorsze jest to że są.

Na miejscu poczułam dziwną ulgę. W oddali widać było pięknie Alpy. Krajobraz to wielkie pola na których pasły się krowy. Wiele krów. Małe laski w oddali w których jak mnie mam ukrywało się parę magicznych stworzeń. Dom Petry był ogromny prostokątny i piętrowy. W końcu mieszkało tu 9 osób a oprócz tego były jeszcze pokoje gościnne. Ponieważ rodzice jej męża uwielbiali przyjeżdżać tu z Monachium by odetchnąć świeżym powietrzem. Obok białego prostokątnego domu cioci Petry i jej stodoły lub obory z krowami był dokładnie taki sam dom. Dowiedziałam się że mieszka tam chłopak o rok od mnie starszy. Uśmiechnęła się przy tym i szturchnęła mnie ramieniem. Chciałam powiedzieć ,że jestem zajęta ale czy byłam? Wpadłam z walizkami do domu ciotki Petry. Od razu przywitały mnie schody prowadzące do góry oraz korytarz prowadzący do drzwi ich sąsiadów. Zdjęłam buty podobnie jak ciocia i ustawiłam je na szafce. Petra zawołała imię swojego męża a mężczyzna w kwiecie wieku zbiegł po schodach. Miał ciemne włosy i oczy. Uśmiechał się od ucha do ucha i powitał mnie słowami „Szczęść boże” w ich języku. Po czym zaczął po germańsku rozmawiać zaciekle z ciocią. Tak trochę głupio się czułam. Zielona i widziała to ciocia. Kobieta szepnęła zaklęcie które sprawiło, że rozumiałam każde słowo i miało to działo to także w drugą stronę. Zostawiłam wielką walizkę i po schodach wpadłam do mieszkania cioci. Od progu zostałam powitana podwójną siłą. Dwóch chłopców jeden o ciemnych włosach, drugi w szalonym turkusie. Sięgali mi może do piersi. Spojrzeli po sobie i każdy z nich chwycił za jedną dłoń. Zaczęli mnie ciągnąć przez korytarz aż do kolejnych schodów. Prowadzących jeszcze wyżej. Były na strychu cztery pokoje łazienka i kibelek. Zapukali do jednego pokoju a kiedy drzwi tylko się otworzyły wepchali mnie tam. Na wersalce siedziała dziewczyna o blond włosach które przez chwilę przybrały kolor pomarańczy ale od razu pobladły widząc mnie. Poklepała miejsce koło siebie. Miała duże ciemne oczy które w pewnym momencie wydawały się zmieniać w kolor płynnej miedzi. Usiadłam koło dziewczyny. Była od mnie o dwa lata młodsza ale nie wydawała się. Rzęsy przejechane tuszem, usta maźnięte pomadką dodały jej co najmniej rok. Włosy miała rozpuszczone ale nie w nieładzie. Proste i rozczesane. Przeglądała jakieś czasopismo. Usiadłam obok i spojrzałam co czyta. Więcej tam było obrazków niż tekstu co cieszyło. Po chwili do dość małego pokoju wpadła kolejna część żeńska tego domu. Ciemne włosy, cynamonowa karnacja i prawie czarne jak noc oczy. To były Leah i Brigid. Jedna miała szary sweterek w loga batmana a druga w niebieską tardis. Uśmiechały się szeroko. Nie wiedziałam która to która. Były identyczne. Stanęły naprzeciwko mnie i Tessy która nie wzruszona nadal przeglądała gazetę. Obydwie w jednym momencie podały mi ręce i zaśmiały się.
 - Jestem Brigid. –odezwała się dziewczyna z tardis na sweterku. Po czym wolną ręką wskazała na siostrę.- To jest moja gorsza kopia Leah. Leah przywitaj się grzecznie z gościem. I nie zabijaj mnie wzrokiem. Urodziłam się o minutę wcześniej od ciebie. Więc to ty jesteś moją kopią a nie ja twoją.
 - Różnię się. Jestem silniejsza od ciebie po za tym mam dar który tylko ja odziedziczyłam po naszej matce. –warknęła. Miała trzynaście lat ale w jednym momencie wydawało się jakby była od mnie starsza. Odwróciła się do siostry i pstryknęła jej przed nosem a dziewczyna padła jak długa. –Witam Ellie. Jestem Leah. To co leży to Brigid. Jak to mówią jedna odziedzicza intelekt druga wygląd. Tessi nie wsyp mnie znowu. To kłótnie po między mną, a nią. Czarodzieje to zabawna rasa. Myślimy że wszyscy mamy tyle samo mocy. Powiem ci coś w sekrecie. Nie zawsze. Rodzina mojej matki wywodzi się od syren. Pozostał nam jednak pewien dar, a przynajmniej mi. Wiesz jak działa marionetka? Ktoś musi ciągnąć za sznurki. Dla mnie to prosta rzecz. Zrobię coś a nagle padniesz przed mną na kolana albo pójdziesz spać tak jak ona. Żyjąc ze mną pod jedynym dachem jesteś zdana na mój kaprys. Nawet nie wiesz jaka potrafię być kiedy się wkurzę.
 - Brigid też ma dar. Może nie tak przydatny jak twój, a raczej uciążliwy. Wiesz na jakiej podstawie działają testrale? –przytaknęłam. Sama je widziałam i to nie raz. Śmierci matki na moich oczach nie da się wymazać z pamięci. Teraz jeszcze widziałam śmierć ojca. Poczułam jak w gardle rośnie mi gula. –Ona widzi zmarłych tak jak ja ciebie. Może z nimi rozmawiać. Doradzać im albo też pobierać od nich porady. Osoby zmarłe są bardzo mądre, a przynajmniej w większości bo widzą co je ominęło. Na przykład nie dawno w mieście spotkałyśmy ducha zmarłej starszej pani która zeszła na chyba trzeci zawał. Miała dużo lat. Bri próbowała wszystko mi opowiedzieć. Jak wygląda i co mówi chodź jak dla mnie wygląda to jakby rozmawiała z powietrzem. Niektórzy nazwą to chorobą psychiczną ale nie my. W szczególności nie ja. Bri wyczuwa też zagrożenie raz widziała nawet przechodzącą obok kostuchę. Mówiła że nigdy w życiu się tak nie bała jak wtedy. Nie miała odwagi iść za nią lecz czy ktoś miałby odwagę?
 - Duchy śmuchy. Władza to jest to jest moc. -prychnęła nieco urażona Leach. Machała rączkami a bezwładne ciało Bri uniosło się i zaczęło tańczyć. Roześmiała się radośnie co nie wywołało śmiechu w przypadku moim jak i Tessy. Jej dar można było po prostu nazwać Imperiusem bez zobowiązań. Mogła robić z nią co tylko chciała. Mogła przemówić jej ustami co zrobiła bo z ust nieprzytomnej dziewczyny słyszeć było słowa "Lubię ziemniaki". Co jeszcze bardziej rozbawiło dziewczynę. Tessa ledwo wytrzymywała, a ja już miałam zamiar wyjść kiedy nagle wszystko wróciło do normy. Bri odzyskała świadomość a Leach jakby nigdy nic usiadła na ziemi. -Widzisz? Nic jej nie jest. Nie trzeba nikomu mówić co się stało.
 - Ale co się stało? -spytała dziewczyna nie rozumiejąc całej tej sytuacji. -Ja nic nie pamiętam. Zemdlałam, tak? A może to Bri znów użyła mnie do swoich sztuczek i czarów? Jak ja cię nienawidzę kiedy to robisz. Pewnego dnia ogarnę jak sprawdź byś widziała to co ja i o północy w święto zmarłych wyrzucę cię na opuszczone cmentarzysko.
 Dziewczyna przewróciła oczami. Jak gdyby słyszała to tysiące razy. To był zdecydowani czas aby się w końcu wycofać i pozwiedzać dalszą część domu. A może nawet wrócić na dwór podziwać widoki. Dwór wygrał. Zbiegłam na piętro gdzie zauważyłam uwijającą się  przy dosyć sporej kuchence ciotkę. Na głowie miała czerwoną chustkę w białe groszki. Stwierdziłam że nie będę jej przeszkadzać i wtedy usłyszałam dzwonek. Zbiegłam na dół i otworzyłam drzwi. Może poznam więcej ludzi.
 - Witaj. –uśmiechnął się do mnie delikatnie. Nie wiedziałam co powiedzieć. Był wysoki i umięśniony. O ciemnych włosach i przypominających morską toń tęczówkach. Próbowałam chodź wybełkotać jedno słowo ale nic. –Pani Petra mówiła że przyjedzie jej siostrzenica. Tyle że nie jesteś do niej podobna.
 - Ja… Ja do ojca podobna. Przynajmniej tak mówią. –bąknęłam. Chłopak stał w drzwiach. W niebieskiej puchowej kurtce na której zaczęły już topnieć płatki śniegu podobnie jak we włosach. Gdzieś w tle słychać było ciotkę. Chyba miałam go wpuścić chodź z kuchni nie do końca rozumiałam co do mnie mówi. –Wchodź. Jestem Ellie. Eleanore Fray. Ty?
 - Michael Spielberg –wszedł do pomieszczenia. Z kieszeni spodni wyciągnął różdżkę. Machnął, a krótka sama się ściągnęła i powiesiła na wieszak. Wyskoczył z czarnych potężnych górskich butów i ruszył przed siebie. Pod rękawem jego koszuli wydawało mi się że coś zobaczyłam ale mogły być to tylko moje chore zwidy. Za dużo śmierciożerów przeszło w moim życiu i mogłam sobie na to pozwolić.
 Zaprowadziłam go na górę do kuchni gdzie ciocia Petra przygotowywała posiłek dla całej rodziny. Kobieta odłożyła chochelkę którą właśnie mieszała w wielkim metalowym garnku. Odwróciła się do chłopaka i uściskała go jak syna. Uśmiechnęła się od ucha do ucha.
 - Przyszedłeś na obiad Michael? -spytała ciocia. Zamieszała po raz kolejny zupę po czym sprawdziła czy makaron już jest gotowy. Chłopak przytaknął. Ciekawiło mnie dlaczego akurat jadł tutaj a nie w swoim domu z rodziną. Nie musiałam długo czekać. -Rodzice Michaela pracują do późna przez co chłopak musi jeść obiady u nas. Ale jakoś nie narzeka. Prawda Mikie? I jak ze świętami? W tym roku jadasz z nami czy z rodziną? Może w końcu przypomną sobie że mają syna. Nie martw się miejsce dla ciebie jest zawsze. Nawet mamy dla ciebie prezencik. Tessa stwierdziła że musisz mieć i sama ci wybrała. Nie martw się to nie skarpety ani inny sweterek.
 - Rodzice mówili abym się nie nakręcał więc prawdopodobnie nie przyjadą. Cóż. Przynajmniej poznam bliżej waszą rodzinę proszę pani. Skąd jesteś? Mogę zgadnąć? Anglia. Trafione! Akcent mówi wszystko. -uśmiechnął się szeroko. Miły chłopak, naprawdę miły. Może to co zauważyłam to był tylko tatuaż? Przecież wiele osób nosi tatuaże. -No to na pewno Hogwart. Ja z Beniaminem do Drumstrangu uczęszczamy. To teraz strzelę z jakiego jesteś domu. Nazw nie pamiętam ale będę zwierzątkami. Dobra? Na pierwszy rzut oka to od borsuków się wydajesz ale strzelam że od lwów. Gryfonów. Czy jakoś inaczej...
 - Dobrze. To teraz pytanie za 1000 punktów panie zawsze strzelam celnie. -uśmiechnęłam się półgębkiem. Chłopak założył ręce na piersiach i bąknął "No dawaj to pytanie." -Skoro jestem Gryffonem to może zgadniesz czy gram w Quditcha? Odpowiedź tak lub nie.
 - Gdybyś długo grała to widać by to było po nogach ale jak zauważyć można albo nie można. Jesteś ubrana w ocieplane spodnie dodające ci co najmniej parę kilogramów. Hm... -pomyślał przez chwilkę. -Ja gram tak gdybyś chciała wiedzieć. Pozycja, obrońca. Ty... Pokaż chodź dłonie. Wtedy można odrzucić szukającego bo pałkarze latają z kijkami, ścigający z kaflami i obrońca broni więc też działa rękami. To wszystko widać. I strzelam że grasz.
 - Nie gram. Chciałabym ale nie gram. -wzruszyłam ramionami. Chłopak uśmiechną się. Po czym spojrzał na kobietę która tylko przytaknęła. Chłopak wrzasnął na cały dom że mecz i nagle słychać było tylko huk butów na schodach. Czyżby to była jedyna forma rozrywki na tym odludziu? Wyszliśmy na dwór a Tessa od razu zaprowadziła mnie do schowka na miotły. Wzięła jedną ze starszych mioteł która należała do Caleba. Było nas osiem więc nie najgorzej. Jakieś tam składy mogły być. Wszyscy z miotłami w rękach a Beniamin z wielkim pudem wybiegliśmy na wielkie pole przerobione na amatorskie boisko do Quiditcha. Wysoko nie było. Bramki może miały trochę  ponad cztery metry wysokości i było ich trzy. - Dobra drużyna dzielimy się. Ellie będziesz kapitanem? Ben ty drugim? Wy jesteście ścigającymi. Zgoda? Okay. Mamy do wyboru jeszcze dwóch szukających, dwóch pałkarzy no i dwóch obrońców. Szwyrtoki szukają? Tessa? Obrona. Ja obrona no i nasze hinduski z pałkami. Bez używania zaklęć i specjalnej wrogości czysta gra. Ell wybieraj pierwsza cały zespół.
 - E... Noach... Bri i Tessa. -powiedziałam. Dziewczyna która jeszcze chwile temu była blondynką miała teraz włosy koloru obsydianu. Uśmiechnęła się do mnie mówiąc że nie będę żałować. Noach który okazał się być tym bez kolorowych włosków przytaknął a Bri mrugnęła. Nagle wszyscy wbili się w powietrze. Caleb który doszedł trochę później stwierdził że będzie sędzią po czym wyrzucił kafla który od razu znalazł się w łapach Bena. Jednakże dzięki Bri kafel wypadł mu z rąk. Dlaczego? Dziewczyna trafiła tłuczkiem idealnie tak by wypadł mu z rąk. Jest niesamowita chodź to mogło doprowadzić do połamania jego ręki. Z kaflęm pod pachą ominęłam Leah która już chciała użyć swoich magicznych łapek kiedy nagle usłyszała ostrzegawcze kaszlnięcie ze strony brata. Pokazała mu język i tak toczyła się nasza zacięta gra. Skończyliśmy kiedy przybiegła do ciocia Petra. Zła ponieważ już jest obiad a nas nadal nie ma. Wiedziałam że z nią lepiej nie zadzierać.

Wieczorkiem zaproponowałam że jakoś pomogę. Michael od razu powiedział że nie muszę bo dziś to on i Caleb robią przy krowach i że lepiej bym pomogła cioci Petrze w przygotowaniu świątecznego posiłku ale chciałam pomagać przy krowach. W końcu dostałam zadanie. Miałam w specjalnych wiadrach z taką śmieszną dójką, wymionem jak w smoczkach poroznosić siarę cielakom. Było ich z pięć może więcej. Nie miałam czasu policzyć a w stajni w specjalnych zagrodach naliczyłam pięć. Wzięłam po dwa wiaderka i zaczęłam nosić je cielakom a kiedy chłopak skończył doić stwierdził że mi pomoże. To miło z jego strony. Caleb zniknął a my mieliśmy jeszcze do wykarmienia dwa cielaki na zewnątrz. Jedno było białe jak śnieg który otaczał całe igloo i ogólnie zagrodę a drugi biło, rudy ciapaty jak dalmatyńczyk. Były tuż obok siebie. Jasny śnieg byłby jako jedyny widoczny gdyby nie latarki w jednej dłoni. Spojrzałam na chłopaka i otarłam pot z czoła. Nie było ich pięć a co najmniej dwanaście.  Oparłam się o metalowe ogrodzenie małej zagrody z iglem które przypominało śmietnik na szklane butelki ale była to specjalna konstrukcja dla cielaków.
 - I wy tak co dziennie? -spytałam. Chłopak przytaknął.
 - Poprawię cię El. Dwa razy dziennie. O 6  rano a czasami  nawet wcześniej i o 18 wieczorkiem. Ponad 70 krów do podłączenia. I nie działa tu żadna magia. Musisz podłączać każdą jedną. Tylko czasami sobie pomagamy magią magicznie sprawiając by krowy się nie ruszały i nie kopały. -powiedział spojrzał na jasnego cielaczka który pił z wiaderka które można było porównać do takiej trochę innej butelki dla dziecka ze smoczkiem i w ogóle ale w wielkości normalnego wiadra. -Życie będąc cięgle ściganą przez czarnego pana jest uciążliwe. Czyż nie? Pewnie cieszyłby się z twojej śmierci. Hej. Nie bój się. Mnie akurat się bać nie musisz. Uważaj tylko na mojego brata. On należy do tych no wiesz... Do posłańców czarnego pana.  On nie zawaha się ciebie wydać. Lecz ja nie pozwolę. Rozumiesz? Obiecuję ci na moje własne życie że nic tu ci nie będzie. Ellie. Gdybym był po ich stronie myślisz że jeszcze byś żyła? Każdy zabiłby cię od tak bez mrugnięcia oka. Może lepiej wróćmy. Cielaki już zjadły. Ja tylko umyję i już wracam.

Wszyscy zasiedli przy jednym wielkim stole w kuchni. Za dwoma krzesłami tuż przy wyjściu znajdowała się choinka a pod nią stos prezentów i trochę siana. Tessa stwierdziła że święta bez Liny to nie święta i po między nogami kręciła się sunia bordera która w końcu ułożyła się pod moimi nogami. Wszyscy zasiedli do kolacji po odmuwieniu modlitwy jak i podzieleniu się opłatkiem. Nie byłam aż tak wierząca jak oni co dało się od razu zauważyć. Sięgnęłam po chleb i przez przypadek stuknęłam się dłonią z Michaelem który cofnął ją i poczekał aż to ja wezmę pierwsza. Miłe z jego strony. Ciocia Petra każdemu ponalewała Barszczu tak że aż prawie więc wylewał. Uznała że jest idealnie i że każdy ma zjeść bez wyjątków. Tu spojrzała znacząco na mnie. Musiałam zjeść cały, nie było taryfy ulgowej. Nagle ktoś zapukał do drzwi. Petra spojrzała przez okno i pobladła. Spojrzała na Michaela który właśnie nakładał sobie pierogi z grzybami. Czyżby przybył jego brat. Szybka akcja. Tessa chwyciła mnie za nadgarstek i zaprowadziła na drugie piętro a z niego drabinką na strych. Było tam zimno. W powietrzu unosił się kurz.  Przyłożyła palec do ust i wróciła na dół. Prawie na czworaka doszłam do małego okienka z którego wyraźnie widziałam akcje rozgrywającą się na dworze. Pan Joseph przywitał młodzieńca który najwyraźniej wiedział czego chce. Och gdybym słyszała co się tam dzieje. Przysunęłam się bliżej okna przyłożyłam ucho do pękniętej szyby. Było coś słychać. Kątem oka patrzyłam na rozwijającą się akcję.
 - To już na barszcz nie można przyjść? -spytał zirytowany. Założył ręce na piersiach. Miał na sobie garnitur ale nie zwykły. Ubrudzony. Plamy były ledwo widoczne z tej wysokości ale kiedy uważniej się przyjrzało mankietom można zauważyć że były ciemno czerwone. -Wiem że nie mam zbytnio dobrej reputacji. Ale chciałem przyjść i się na jeść. Jak to mówią... Jestem tym niezapowiedzianym gościem. Chyba że już macie jakiegoś niezapowiedzianego gościa? Nie zawitam długo. Razem z moją grupą poszukujemy jednej małej. Wiem że mogę wam powiedzieć bo wy nikomu nie powiecie. Za bardzo się boicie o rodzinę. Nie ma skończonych siedemnastu lat. Wiemy gdzie jest a przynajmniej gdzie była zanim nam się urwała. Ślady prowadzą w te okolice. Jak mi to wytłumaczysz? To jest jak przewożenie narkotyków w kieszeni. Serio myślicie że nikt nie zauważy? Ktoś zauważy. Gdzie ona jest?!
 - Nie wiemy o co ci chodzi. -odpowiedziała ciotka. -Jeśli zaraz nie odejdziesz będę zmuszona zawołać sąsiadów z dołu. Wiesz że jeden to Auror. Czy ty wiesz Lawrence że Calem to Auror. To głupie z twojej strony tu się zjawiać sam.
 - Nie sam. -burknął pod nosem. Miał włosy ciemne jak noc a tęczówek nie widziałam. Ledwo co widziałam gdyż gankowe światło ledwo oświecało wszystkich. Zauważyłam brak chłopców. Pewnie musieli iść. Leah spojrzała na ciotkę z błaganiem w oczach. Jej podejście do życia jest co najmniej sadystyczne ale teraz naprawdę chciałam aby użyła na niego swoich zdolności. -Jeden moment i może nas być tuzin. Jeden ruch i nic nie pozostanie z tego co się dorobiliście. Michael chodź do brata. W końcu jesteśmy rodzinom!
 - Nie jesteśmy. -syknął stał hardo razem z resztą rodziny Petry. Caleb zaciskał dłoń na różdżce podobnie jak pan Joseph i ogólnie cała rodzina. Ona... Chce mnie bronić za wszelką cenę. Tym razem się posłucham, muszę posłuchać. Nic im się nie stanie. Leach uczyniła krok w przód i uśmiechnęła się.I jej druga siostra też. Były identyczne. -Pamiętasz bliźniaczki?
 Od tego momentu naprawdę zaczęłam bać się Brigith. Dziewczynka machnęła rękami a wokół mężczyzny pojawiła się dziwna mgła. Która po chwili wsiąknęła w mężczyznę. Ona go opętała. Na moich oczach. Widziałam strach w jego twarzy. Sąsiad z dołu wraz z żoną i ich córką wybiegli co się stało. Bliźniaczka tylko spojrzała na nich i wzruszyła ramionami. Leah teraz wzięła się za niego. Kiedy tylko magia Bri przestała działać. Mężczyzna ledwo stał na nogach. Oczy miał rozszerzone i przerażone. Dziewczynka stanęła na przeciw niego.
 - Teraz będziesz grzecznym chłopcem i pojedziesz z panem Mateschem do ministerstwa tu niedaleko gdzie już cię odwiozą do najbliższego więzienia aby później wpakować cię ładnie do Azkabanu. -powiedziała to tak melancholijnym głosem. Mężczyzna przytaknął.  Już chciał chciał ruszyć przed siebie kiedy nagle odwrócił się do wszystkich. Opierał się magi dziewczynki która pomału słabła. Michael wybiegł właśnie wtedy kiedy mężczyzna wycelował w dziewczynkę.  Chłopak opadł na ziemię zwijając się z bólu. Przynajmniej go nie zabił. Pomyślałam. Tyle dobrze. W końcu Caleb obezwładnił mężczyznę i zwrócił się w stronę sąsiada który już ubierał marynarkę. Poczekałam chwilę aż z nim odjadą. Beniamin i mąż cioci Petry wnieśli Michaela do środka. Zeszłam ze strychu po czym zbiegłam schodami na pierwsze piętro i wpadłam do salonu dnie na kanapie leżał chłopak. Po jego policzkach spłynęło parę łez. Rozumiałam jego ból bo wiedziałam jak to jest kiedy ktoś strzela Cruciatusem. Nie słychać było co mówi. Równie dobrze mogła to być Avada. Mógł oddać życie za nas. Za mnie i za Leach która też na klęczkach dziękowała mu.
 - Mówiłem. Obiecuję El. -powiedział i uśmiechnął się krzywo. Podeszłam do niego. Tessa podała mi taboret był była bliżej. Chwyciłam za jego dłoń. -Ej tylko mi tu nie płacz bo ja się popłaczę. Zawsze tak mam. I wiedz że gdybyś to była ty a on strzelałby Avadą i tak bym rzucił się jak wtedy. Obiecałem a obietnice się dotrzymuje El.
Bonus :D
- Święta święta i po świętach. -burknął Barty Crouch Junior i zaciągnął czapkę prawie na oczy. Bylo zimno jak w zamrażarce, a przynajmniej tak twierdził jego kompan który różnież nie był zadowolony z tego że musi iść w środku nocy do posiadłości czarnego pana. Jak dla niego większą atrakcją byłby atak ninja albo choćby złodziei ale na taką zabawę nie miał co liczyć. Odruchowo chwycił za różdżkę wystającą z kieszeni jego spodni. -Wiesz że nawet mnie się nie chce wyciągać różdżki. Jest mi tak zimno i jestem tak zirytowany że gdybym dementora spotkał to bym mu tak nawtykał że wolałby mnie ominąć. Przypomnisz mi po co do nie go mamy iść? I dlaczego w spokoju nie mogliśmy popijać kakałka?
 - Pewna śmierć, męki, tortury. Wymieniać dalej? -spytał Nathaniel O'Collmelan. Kumpel dodał pod nosem "Ratowanie tyłka twojej dziewczyny też się liczy?" Brunet chciał zaprzeczyć ale czy miał powód. To jest zachowanie co najmniej dziecinne. Wzruszył ramionami. Ratowanie Ellie było jego priorytetem dlatego się zaciągną do tej sekty prowadzonej przez bandę fanów tatuaży i wielkiego bossa który nie przepada za swoim imieniem. Banda mniej lub bardziej inteligentnych. Oczywiście ich dwójka zalicza się do tych bardziej. Nie chciał się spóźnić. Ale co poradzić jak jego ojciec stwierdził że go nie zawiezie samochodem a mama Barty'iego nie może się dowiedzieć i trochę by było głupio powiedzieć "Pani Crouch zawiozłaby nas pani na kurs szydełkowania?" ale Barty zawsze mówił "Szydełkowanie jak i szycie to zajęcie niezależnego mężczyzny". Ciekawiło go jak się nazywa męski fiminizm. "Menimizm?" To przynajmniej otępiało chłód który sprawił że ciekło mu z nosa jak z kranu chodź mama nie puściła go bez grubego szalika pod samymi policzkami. Dzięki niemu brzmiał jak Dath Vader kiedy oddychał. -Dobra to jak w chodzimy to od razu Dzień dobry? A może dzień zły? Ja tam nie wiem... Zazwyczaj z ojcem wchodziłem i nic nie mówiłem. A ty wchodziłeś za mną i też nic nie mówiłeś... Dobra to może pozostańmy na milczeniu? Ale co jak oni się obrażą?
 - To zaczną nas torturować. Drobnostka. Kto nie lubi tortur? -parsknął śmiechem. To nie było nie było śmieszne nawet z tym bardzo zauważalnym sarkazmem jakiego często używał Barty. Stanęli przed wielką bramą. Chłopak nacisnął przycisk od domofonu. Był to zwykły dzwonek ale i tak parsknął pod nosem wyobrażając sobie że jest to melodia z kopciuszka albo z Zakochanego Kundla. "Och cuuuuż to za noooc. W te cudoooowną te noooc!" Nagle słychać było głos Rudolfa. Miły gostek. Kiedy nie wstaje lewą nogą. -To ten... Barty Crouch ale Junior i jego kompan Nathaniel O'Collmelan chodź teraz mógłby być Rudolfem czerwono nosym zgłaszają się i są gotowi do pracy. Możesz nas kochanie wpuścić?
 Wielka metalowa brama się otworzyła. Wpadli do środka i idąc labiryntem żywopłotów w końcu doszli do drzwi wejściowych wielkiej rezydencji. Zapukali do środka a otworzyła im zgarbiona kobieta z jednym okiem i paroma zębami. Na głowie miała niebieską chustkę która przykrywała jej srebrne loki. Zgarbiona jak Dzwonnik zaczęła ich prowadzić do wielkiego salonu. Odwróciła się i poprosiła o kurtki. Barty jak i Nathan od razu podali kurtki niewinnie wyglądającej starszej pani. Usiedli na kanapie na przeciwko fotela gdzie siedział sam czarny pan głaszcząc go głowie swoją gadzinę. Obydwoje przełknęli ślinę.
 - Witaj czarny panie. -odezwał się Barty, a Nathan mu zawtórował. Na kanapie obok siedział Rudolf i jego dziewczyna Bella która wyglądała i zachowywała się jak wiecznie rozkapryszona panienka. Lucjusz siedział po lewej stronie Belli która wtulona w swojego księcia posyłała mu piorunujące spojrzenia. O ściany opierało się z dziecięć osoób. Na taboretach siedziało gdzieś z pięć. A na stoliku by było zabawniej opakowania krakersów i herbatników z wizerunkiem słoneczka. Chodź pierwsze słoneczko dostało ledwo widoczne wąsy. -Tak więc to wszyscy czy jeszcze na kogoś czekamy? Nathan... Opowiedz czemu twojego tatulka nie ma bo pewnie czarny pan się niecierpliwi.
 - Choroba dotknęła jego układ oddechowy a dokładnie gardło. Ledwo mówi i gorączkuje. Powiększone węzły chłonne... I na tym powinienem zakończyć. -podrapał się niezręcznie po karku widząc jak wiele osób patrzy na niego jakby był z innego świata, innej planety. Mugolskie nazwy wywołują czasami większe zdziwienie niż polskie nazwy które mordują szczękę. -Jest chory. Tylko mugole mogli mu pomóc i ci powiedzieli że musi leżeć i spać bo może być tylko gorzej.
 - Rozumiem. -czarny pan miał głos głęboki i niski na którego dźwięk wszyscy jakby dostali po dobrej kawie. Wszyscy nagle byli na nogach nawet ci którzy już pomału przysypiali. -Zwołałem was po to aby urządzić małe polowanie na szlamy. Wiem że często was stresuję dlatego dziś zarządzam rozrywkę. Bez przesady tylko. Szlamy, parę mugoli, parę czarodziejskich rodzin. Tam macie listę. Podzielcie się.
 I nagle tabun ludu jak na przecenę poleciało po tą listę. Jednakże pierwsza była Bellatrix która jak ryknęła tak i Barty i Nathan się wzdrygnęli. Zaczęła wszystkich liczyć po czym wzięła nożyczki i zaczęła wycinać imiona i nazwiska tych których mają zabić. Nathan od zawsze obawiał się tego ale już używać czarów poza Hogwartem a to Barty nie do końca. Oni czyli Ministersto, wiedzieli o nim wszystko dlatego też zasady szybko się pozmieniały. Nadeszły grupy. Brunet szybko chwycił za rękaw przyjaciela i podszedł do dziewczyny z burzą loków która podała im adres mieszania i imiona ludzi oraz co gorsza wiek. Przeleciał wzrokiem "Brenda Hox lat 37, szlama, Jacob Hox lat 40 pół krwi, Xavier Hox lat 12, nie do końca wiadomo czy zaliczać to do szlam czy pół krwi, zlikwidować, Vandelopa Hox lat 5, usunąć podobnie jak resztę. Powodzenia" i ta perfidna buźka z uśmieszkiem od ucha do ucha. To nie było zabawne. Zabicie osoby dorosłej. Nie jest takie złe, po którymś tam razie nagle przestajesz liczyć ale kiedy widzi się dziecko które ma się zabić łkające, zalane łzami i błagające. Nagle chce się rzucić wszystko. Nathan próbował nie uronić łez kiedy  jego ojciec bez uczuć zamordował małego chłopca który był tak podobny do niego. Chłopak wiedział że jeśli nie wymorduje całej rodziny to czarny pan się o tym dowie i wtedy sam będzie martwy.
 - Ej. A może chce się ktoś wymienić? -spanikował. Nie miał zamiaru zabić ani jedno z tych niczemu niewinnych dzieci. Zauważył parszywy uśmiech Rudolfa.
 - Zawsze możesz zabić swoją dziewczynę. -zaśmiał się a Bella mu zawtórowała. Spojrzała na swoją kartkę i pokazała swojemu ukochanemu a ten gwizdnął w stronę chłopców. -Bella chce się wymienić. Macie tu jedną szlamę. Chyba tym razem nie zawalicie. Biedni chłopcy boją się pobrudzić rączek krwią szlam.
 - Tu chodzi o dzieci. -burknął i wziął od niego pogięty zwitek papieru. Pokazał go przyjacielowi. Imię i nazwisko które widniało na kartce było mu znane. Ten facet to ojciec jednego z jego kolegów. - Simon nie mówił że jego ojciec to szlama...
 - Myślisz że chciał? -prychnął Barty. -Teraz to pewnie nawet by się wyparł nawet i stojącej obok niego matki gdyby była szlamą. Szczerze to okropne ale też prawdziwe bo ciekawi mnie ile z nas by to zrobiło. No niby powinniśmy się przyznać ale nigdy nic nie wiadomo...
 - Dobra koniec gadania. To kawał drogi. -powiedział Nathan i podał chłopakowi dłoń. Ten tylko zmarszczył nos i cofnął się o krok. -Tylko bez akcji. Będzie krócej i się nie pochoruję. A to że jeszcze w stu procentach tego nie opanowałem to inna rzecz.
 - Grozi nam wiele nieprzyjemności. -burknął. -Nie żeby coś ale wolę iść piechotą niż z tobą się teleportować.
 - Och no przestań. -chłopak chwycił przyjaciela za nadgarstek. Po chwili coś ścisnęło ich w żołądku i nagle znaleźli się przed domem Simona. Brunet spojrzał na przyjaciela który padł na kolana i zaczął całować ziemię. Przecież nie było tak źle. Odruchowo dotknął brwi. Raz było tak że jedną zgubił. -No to jesteśmy. Przygotowany?
 - Odpowiedź przecząca może być? -wstał i otrzepał się ze śniegu. Chłopak przewrócił oczami po czym ruszył pierwszy. Jednym zaklęciem wyważył bramkę. Było to niepotrzebne ale jakie mieli wejście. Drzwi się otworzyły i wypadł z nich brzuchaty mężczyzna po czterdziestce w błękitnym szlafroku i skarpetach w reniferki. Barty który trzymał się z tyłu spojrzał na kumpla wyczekująco. Ten zakasał rękawy i już miał wypowiadać zaklęcie kiedy obok okno się otworzyło i zauważyć można było kobietę której oczy były nagle wielkości galeonów. -No to cudownie, towarzystwo. Ja uważam że ta zabawa wcale nie jest fajna i powinna być z nami osoba doświadczona przecież to jak małego pieska na środku można do wody wrzucić! My przyszliśmy tutaj tylko by pana zabić ponieważ pańscy rodzice to mugole. Żona, dzieciak i tak dalej zostawiamy. Chłopak przydałby się po stronie czarnego pana... To wszystko co miałem przekazać? N przejdź już do tego co miałeś robić!
 - Cholera. Nie zabiję go od tak. To ani przyjemne ani nic. Po za tym jeszcze nikogo nigdy nie zabiłem. I tak przy okazji ty też. -prychnął i zacisnął dłoń na różdżce po czym wycelował w mężczyznę. -Patrz. Teraz go trachnę to wszystko powie jego żona albo ktoś inny. To bez sensu. Od razu trzeba będzie likwidować świadków. Dobra. Może wejdziemy i porozmawiamy przy kubeczku herbaty? Jest ciemno i zimno i zdecydowanie je jestem zadowolony z tego obrotu sytuacji.
 - Vincent wpuść tych młodzieńców. -krzyknęła kobieta. Mężczyzna przybrał kolor purpury ale wpuścił ich do mieszkania po czym usadził ich obu w salonie. Nathaniel spojrzał na zegar powieszony nad kominkiem. Było po pierwszej a oni wpadli na herbatkę do osób które mają zamordować. Kobieta usiadła w fotelu i spojrzała na młodzieńców którzy zaczęli myśleć czy ta sprawa się zaraz nie obróci przeciwko nim. -Rozumiem że wy od czarnego pana? Chodziłam z nim do szkoły. Miły chłopiec był z niego. Szarmancki, szczery i w dodatku przystojny. Aż dziw co z niego wyrosło. Wiem na czym polega ta wasza sekta. Prosicie by rodziny się dołączały, polujecie na szlamy nie dając im litości. Dlaczego akurat mój mąż na nią zasłużył?
 -Nathan ma zajęcze serduszko i nie skrzywdzi nikogo ani niczego. Mnie się wydaje że to przez jego ciągle wpadającą w kłopoty kobietę ale nie o to chodzi. -odchrząknął. Nagle przypomniał sobie o tej karteczce z całą tą rodziną. Mogli to być oni i mogli ich ostrzec tak jak tą rodzinę. Myśl o tym że jakiś inny śmierciożerca wyciąga na dwór te dzieciaki alby je wymordować sprawiła że było mu niedobrze. -Myślę że da się to jakoś inaczej załatwić. Upozorować czy coś... Nie chcemy nikogo zabijać. Nas w ogóle nie powinno tu być... Powinniśmy...
 Nie dokończył ponieważ drzwi wypadły z zawiasów. Słychać było przerażający śmiech Bellatrix i która strzela zaklęciami na prawo i lewo. Zabójcze zaklęcie sięgnęło pulchnego mężczyzny który nawet nie zdołał się odwrócić. Kobieta pobladła jak trup i w z wyrzutem spojrzała na chłopców jak by to był ich plan. Zagadać aby to inni odwalili za nich robotę.
 - Kolejna szlama! Rudolf ile to już? -spytała podekscytowana i przy okazji zniszczyła żyrandol w salonie. Wskoczyła na stół i odwróciła się w stronę Barty'iego i Nathan'a. -No co panienki może ich na śmierć zagadać chcieliście? Następna misja Barty do mnie, a ty O'Collmelan do Rudolfa by było pewne, że ktoś jednak ucierpi.

No i to koniec XD ;-; Miał być one shot ale jestem zua ;-; Przepraszam że tak długo. Wena nie dopisuje kiedy się wstaje o 6 rano a wraca po pierwszej /popołudniu/ Za to jest bonus :') Dla wytrwałych mam coś jeszcze XD Mini spojler ;-; Czyli zapowiedź kolejnego rozdziału jak w tych serialach XD

 "- Nie rozumiem. -powiedziałam. Avalone przewróciła oczami jak gdyby wiedziała że coś przed nią ukrywam. Czy ukrywałam?"
 "Na kolejnym zebraniu było coraz to mniej ludzi jak gdyby sie wycofywali. Nie do końca wiedzieli czy na pewno tego chcieli..."
 "- Zachowujesz się jak jakbyś był moim ojcem! -wrzasnęłam na niego. Chłopak westchnął głucho chyba przewidział że tak to będzie"
 "Remus siedział z przyjaciółmi na ławce tuż obok miodowego królestwa. Pamięcią wracał do nowego roku i do dziewczyny którą poznał..."
 "- Nadal się obwiniasz? -spytał Syriusz widząc jak Remus nie spuszcza wzroku z brzucha Ell który uwidocznił się kiedy tylko uniosła dłoń. Można było zauważyć kawałek bladej blizny którą chłopak dojrzał"

piątek, 14 sierpnia 2015

Rozdział XXII

Huncki
Był poranek to chłodny poranek. Drużyna Gryffindoru stała na oszronionym boisku. Niektórzy chuchali sobie w dłonie inni trzymali się hardo nie dając po sobie poznać, iż im zimno. Tak robił Syriusz, który w pewnym momencie przestał słuchać Jamesa i odpłynął gdzieś myślami. Cała drużyna przytaknęła na coś, czego nawet nie usłyszał a przynajmniej nie pamiętał, że usłyszał. Wszyscy wzbili się w powietrze i stanęli na swoich pozycjach. Jednakże tego dnia James powiedział że trzeba to inaczej zorganizować. Podzielili się na pół. Obrońcami byli jeden ścigający i jeden obrońca, było po jednym ścigającym w każdej drużynie i po jednym pałkarzu. Jego dnia brunet się tylko przyglądał i wrzeszczał na wszystkich wokół nawet na Łapę. Chłopak jednej drużynie dał przepaskę koloru jaskrawej żółci a drugiej po prostu groszkową. Black założył swoją jaskrawą przepaskę na prawe ramię i czekał tylko aż tłuczki i kafel będzie w grze, aż jego przyjaciel je wyrzuci. Usłyszał gwizdek, a czerwona kula z wypustkami wielkości średniej piłki lekarskiej została wyrzucona. Hannah złapała ją od razu i poleciała w stronę bramki, którą bronił Nicolas. Blondyn zauważył niebezpiecznie zbijającą się Hannah, której rude loki upięte w kucyk, który do złudzenia przypominał kok powiewały na wietrze. Koło ucha Syriusza usłyszał świt tłuczka wymierzonego przez Vincenta. Chłopak odwrócił się by zobaczyć jak tłuczek w wielkości piłki do ręcznej wraca niczym bumerang. Przygotował pałkę, po czym uderzył nią, aby piłka trafiła w Hannach. Tłuczek uderzył w miotłę dziewczyny sprawiając, że wypuściła kafla tylko po to, aby chwycić się miotły. Za mocno, bąknął pod nosem. Spojrzał na przyjaciela stojącego z miotłą na ziemi uniósł kciuk w górę podobnie jak Nicolas, z którym był w drużynie. Gabriel przechwycił Kafla i zaczął lecieć w stronę Rachel, która była średnio obyta w obronie chodź naprawdę się starała. Miała mysie kudły zaplecione w dwa niechlujne warkoczyki a na nosie gogle podobne do tych, które nosił James podczas gry. Piłka przeleciała przez bramkę. Wtedy też James po raz kolejny gwizdnął. Wszyscy zebrali się na dole. Najwyraźniej stwierdził, że to trochę bezsensu a po za tym ułatwiamy sobie grę. Stwierdził, że każdego ścigającego będzie trzeba przetrenować. Znowu inaczej wszystkich poustawiał. Jako pierwsza Hannah miała pokonać ich wszystkich i przerzucić kafla przez jedną z obręczy. Oburzyła się lekko dodając, że raczej nigdy nie będzie polegała tylko na sobie w trakcie gry. James przytaknął i stwierdził, że chętnie jej pomoże. Dziewczyna przygryzła popękaną od zimna wargę. Nie przepadała za ich kapitanem wolałaby każdego na jego miejscu, ale się zgodziła. Po raz kolejny wbili się wszyscy w powietrze. Rachel i Gabriel mieli im próbować przechwycić kafla najlepiej jak tylko potrafili. Mycha czuła się o wiele lepiej, kied y miała polować na kafle, niż kiedy miała bronić bramki. Syriusz mimowolnie rozejrzał się po trybunach. Na drewnianych ławkach siedziało parę osób w tym ich kochany Remus, który przytargał ze sobą Ell. Dziewczyna patrzyła na wszystko z podekscytowaniem, które było widać także na meczach. Łapa zauważył jak Vincent odbija kafla w stronę Hannah a ta w ostatnim momencie zrobiła unik tak, że kafel był tuż przed jej twarzą dotykając jedynie końca jej piegowatego, małego nosa. Gabriel zaszarżował na nią i wtedy chodź bardzo tego nie chciała podała Kafla James’owi. Chłopak przeleciał kawałek, po czym przerzucił nad Rachel do Hannah Kafla. Dziewczyna z całej siły rzuciła go w stronę pustej bramki. Wyścig po między Nicolasem, a piłką był szybki i każdy wstrzymał oddech. Po chwili było słychać reakcje zadowolonej z siebie rudej owcy. Wszyscy się pozmieniali. Teraz to Gabriel z Rachel mieli przerzucić przez jedną z obręczy. Syriusz uderzył pałką w tłuczek a ten uderzył w dłoń Gabriela. Jęknął z bólu zabierając dłoń z trzonu dębowej miotły. Spiorunował Łapę wzrokiem wrzeszcząc coś, że połamał mu kości w dłoni. Syriusz nic nie odpowiedział i tylko wzruszył ramionami. Mógł przysiąc, że ten chłopak zaraz do niego podleci i przywali mu w twarz. James wrzasnął na nich alby się skupili. Gabriel rozłoszczony zaczął lecieć na ślepo, po czym Kaflem uderzył w obrońcę na tyle mocno, że przeleciał wraz z piłką przez obręcz. Rachel pisnęła i zaczęła pikować miotłą najszybciej jak umiała, by tylko złapać chłopaka. Uprzedził ją ktoś. Vincent trzymał Nicolasa. Przełożył jego rękę przez swoje ramię i razem z nim zlecieli na dół. James był widocznie zirytowany i wkurzony. Rzucił gdzieś miotłę i podszedł do ścigającego. Chłopak był w ostatnim roku, co dawało mu przewagę. Był bardziej barczysty i umięśniony niż James i do tego wyższy, lecz nie za dużo. Rogacz nie chciał wydrzeć się na niego używając wszystkich niecenzuralnych słów. Wziął głęboki wdech.
 -Co ci na brodę Merlina odpierdoliło Prince? –warknął w stroną chłopaka, który od razu chciał przejść do tego, że to wszystko wina Syriusza. –Łapa nie chciał ci specjalnie złamać dłoni. Obstawiam czysty przypadek. Nie wpadaj w furię, kiedy ktoś w ciebie strzeli! Bo następnym razem będę już szukał nowego ścigającego. Na przykład Adam. Chłopak ma potencjał, a jednak nigdy nie chciał do nas dołączyć. Jednakże, kiedy go uproszę to może na jeden mecz cię zastąpi, Pricne. Prawie zabiłeś McDean’a, a on jest z naszej drużyny. Furię da się opanować i prosiłbym ciebie abyś się na naszych nie wyżywał, a teraz idź do pielęgniarki niech ci tą dłoń nastawi. Raczej nie potrzebujesz nikogo do pomocy, aby cię tam zaprowadził. Rachel jeszcze ty musisz spróbować przerzucić przez obręcz no i liczymy, w jakim czasie uda mi się złapać znicz. Łapko mam nadzieje, że mi pomożesz, a ty Hannah możesz policzyć czas w końcu, jako jedyna masz zawsze zegarek.
 -Ja… Ja nie potrzebuję James. –odezwała się Mycha i ściągnęła gogle z oczu. Zamrugała parę razy. Świat dopóki nie wyciągnęła okularów był rozmazany i to na tyle mocno, że widziała jedynie plamy, które miały oznaczać człowieka bądź drzewo. Z kieszeni spodni wyciągnęła swoje ogromne bryle i założyła je na nos a jej oczy wydawały się o wiele większe. Uśmiechnęła się blado. –To ja pójdę…
 Dziewczyna zacisnęła dłoń na miotle i za Vincentem z półprzytomnym Nicolasem ruszyła przed siebie. James się nie odezwał. Zauważył tylko jak dziewczyna ociera dłonią policzki. Ciekawiło go czy gdyby jego tak poturbowało to by i Lily tak płakała. Rachel była bardzo wrażliwa a Nico to był jej książę na białym koniu. Na boisku pozostali tylko on, Łapa i Hannah. Dziewczyna spojrzała na swój zegarek informując chłopców ile minut pozostało do tego, aby oddać boisko puchonom. Potter szybko wzleciał w powietrze i zaczął krążyć po boisku. Łapa i Hannah wymierzyli sobie jednoznaczne spojrzenia. Chłopak wypuścił małego znicza a dziewczyna zaczęła się dokładnie przyglądać tarczy zegarka. Rogaś szybko zauważył małą kuleczkę wędrującą swobodnie po boisku. Jak to on twierdził, jego trening to nic innego niż zabawa a kotka i myszkę. Musiał tylko dopaść złotą kuleczkę jak najszybciej nie zwracając uwagi na to, kto jest na trybunach, bo na nich siedziała rudowłosa z podkulonymi nogami. Szalik miała owinięty tak wysoko, że było widać jedynie parę pięknych zielonych oczu. Włosy rude miała rozpuszczone, co jeszcze bardziej dekoncentrowało chłopaka. Jednakże nie mógł sobie na to pozwolić, bo inaczej ścigający ślizgonów mógł przejąć piłeczkę. Chłopak był coraz to bliżej złotej piłeczki. Była w zasięgu jego ręki, kiedy nagle skręciła i poszybowała w stronę trybun. Okrążyła Ell, po czym poszybowała w stronę jednej z wieżyczek. James szybko ją dogonił. Pochylił się i chwycił ją, po czym wrócił do przyjaciela i rudej owcy.
 -I jak? –spytał. Dziewczyna od razu podała czas dodając swoje sławne „plus minus”. Syriusz od razu zauważył chłopakowi, że znowu gapił się na rudowłosą za długo, przez co stracił bardzo cenny czas. Machnął na to ręką. Swoim treningiem zakończył to wszystko właśnie wtedy, kiedy puchoni wchodzili na boisko. Dziewczyna o czarnych włosach i imieniu Gloria łypnęła na niego groźnie spod łba. Była zbyt dobrze zbudowana jak na dziewczynę i nie była typowym pacyfistycznym puchonem. Jak przysoliła komuś to przysoliła. Wziął swoją miotłę i szybko znalazł się koło Rudej. Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie. Przysunął się do niej, po czym połączył ich usta u pocałunku, który nie trwał długo. Zielone oczy dziewczyny posiadały w sobie coś takiego, że nie mógł mieć przed nimi żadnych tajemnic. Przeszywały go tak jakby wiedziały o nim wszystko. Uśmiechnął się ukazując rząd śnieżnobiałych ząbków. –Może chciałabyś ze mną polatać na miotle? Jakoś nigdy nie było sposobności by się wziąć na przejażdżkę zazwyczaj tylko cię pytałem o jedno i dostawałem od razu odpowiedź piękne przesiąknięte jadem, a jednak urocze „Nie”.

-Myśleliście nad tym, aby się zapisać? –zapytał Remus. Pociągnął łyk kremowego piwa. Miał na myśli Zakon Feniksa, o którym wspominał Dumbledore zanim w ogóle uciekli, by ratować Ell w opałach. Dużo nad tym myślał i co raz to bardziej skłaniał się przy tym, aby się zapisać. James ochoczo pokiwał głową a Syriusz przytaknął i jedynie Peter był lekko zmieszany. Chłopak zaczął odruchowo obgryzać paznokcie. Chłopcy spojrzeli na niego i wtedy on też przytaknął, lecz nie tak ochoczo jak tamta trójka. Nie do końca chciał się „bawić” w takie organizacje. Bał się. I czół, że jest po prostu tchórzem. Odruchowo podrapał się po nosie, który zaczął go swędzieć przez zdenerwowanie. Wbił wzrok w swoje kremowe piwo.
 -Ej Remusie czy to nie jest Ellie? A to nie jest przypadkiem O’Collmelan? –zauważył Potter i poprawił swoje okularki. Wymierzył z chłopakami jednoznaczne spojrzenia. Wszyscy wstali chodź Peter jak zwykle się ociągał. Całą czwórką podeszli do dziewczyny i jej towarzysza. Nathaniel przygryzł wargę miał ich serdecznie z całego serca dosyć. Nie dość, że siedli z Eleanore jak najdalej od nich to oni przyszli do ich dwójki. James wyszczerzył się i usiadł koło Ell. –Eleanore wiem, że uwielbiasz pakować się w tarapaty, za to Remus uwielbia cię ratować jednakże nie o to chodzi. Zapisujesz się do Zakonu Feniksa?
 Dziewczyna chwile się zastanowiła. Gdzieś słyszała o tym Zakonie Feniksa. Spojrzała na Nathaniela, po czym znowu spojrzała na Jamesa i uśmiechnęła się potwierdzając, że na pewno się zapisze dodając, że nie dla nich, a dla większego dobra. Potter zmierzwił dziewczynie fryzurę i stwierdził, że może już iść jednakże niedoczekanie jego. Dziewczyna oddała mu mierzwiąc to, co i tak wyglądało na zmierzwione. Rogaś prychnął w stronę brunetki, po czym wziął Łapę pod ramię i wrócił do swojego stolika. Nathaniel odprowadzał ich wzrokiem pełnym nienawiści, a najbardziej to Remusa. Obserwował go dopóki nie usiadł, bo obawiał się, że jeszcze wróci by na jego oczach zacząć się obściskiwać, z Ell którą to on zaprosił, a nie Lupin.
 - To, co koledzy jeszcze po jednym kremowym? –odparł James, na co Syriusz się oburzył mówiąc o ognistej. Chłopak zaśmiał się, po czym zawołał zgrabną i młodą kelnereczkę. Blond włosy miała upięte na lata rock and roll’a, a w ustach żuła gumę jak się przekonał o miętowym smaku. Ponieważ pochyliła się tak nad nimi, że Syriusz mógł podziwiać jej piękne… Falbanki oraz wisiorek w kształcie pentagramu. -3 ogniste, jeśli można i jedno kremowe z imbirem dla tej kluseczki.
 - Pociągają mnie kluseczki. –zamruczała. Mina chłopaków była nie do opisania. James próbował się nie zaśmiać i czerwienił się jakby zaczął wstrzymywać oddech od paru minut. Syriuszowi kopara opadła a jeszcze bardziej, kiedy zapisała swój numer telefonu na serwetce i mu podarowała. Po czym odeszła tym delikatnie rzecz ujmując dziwkarskim krokiem, za którym podążył Łapa.
 - I co ja mam z tym zrobić? –pisnął Peter. Miał właśnie przed sobą numer kobiety, a sam nie miał telefonu. Po za tym rzadko, kiedy miał do czynienia z jakąś nawet dziewczyną, która mówi mu, że jest pociągając zazwyczaj do tego grona zaliczali się Łapa i Rogaś a nawet i czasem Lunatyk, ale nie on.- Ja… Ja nie do końca rozumiem, co się stało… Niech mi ktoś wytłumaczy… Albo potwierdzi, że dostałem numer telefonu… Nawet ładnej dziewczyny…
 -Apokalipsa. –James wpadł w śmiech, który nie mógł zatrzymać. Parę osób nieprzychylnie spojrzało na chłopaka, który tylko przejechał dłonią po swoich włosach i spojrzał na swojego pultaśnego przyjaciela. –Syriusz by ci to lepiej wytłumaczył, ale na razie ma wiechę po tym seksowna kelnereczka wybrała ciebie zamiast niego. Telefon da się zrobić ze wszystkiego. Na przykład z poduszki a wtedy spokojnie porozmawiasz ze swą Julią, Romeo. A ogólnie to wiesz, co jej powiesz jak z nią porozmawiasz? Albo jak po prostu odbierze telefon i powie tym swoim uroczym głosem „Halo?” To ty, co na to?
 -Wi-wi-witaj? –odpowiedział drżącym głosem, na co Syriusz parsknął śmiechem. Zaczerwienił się, bo nie miał pojęcia jak się gada z dziewczynami. Ta, z którą był na balu była jego kuzynką. –Ja nie wiem… Ja nic nie wiem… Pomożecie mi? Chłopaki?
 - Och Glizgku.. Glizdku. Jąkałę żadna nie będzie chciała mieć. –odezwał się Łapa i uśmiechnął się do przyjaciela. Odchrząknął, po czym odwrócił się do Glizdka. –Dziewczyna mówi „Halo?” Ty mówisz „Cześć z tej strony chłopak, któremu dałaś numer na chusteczce” nie zapomnij dodać na chusteczce, bo nagle powie „Och… To ty Dave?” ale ty nie jesteś Dave. Ty jesteś Glizdek, czyli Peter. Otwórz się, lecz nie za bardzo. Nikt nie chce słuchać, że po sosie pomidorowym masz wzdęcia. Jeśli rozmowa będzie się kleić to bardzo dobrze. Możesz nawet ją zaprosić na kawę albo herbatę albo na kremowe tylko nie do jej miejsca pracy. Praw jej komplementy, jaka to jest piękna, ale nie przesadzaj do wyjdzie jej to bokiem. Najważniejsze… Po pierwszej randce albo po pierwszej rozmowie nie mów jej, że ją kochasz, bo to ją odstraszy chyba, że zauważysz parę znaczących znaków. Gapi się w ciebie jak w obrazek, mruga rzęsami i co najważniejsze. Jeśli oblizuje wargi tak abyś to zauważył to musisz zrobić krok. I ją pocałować. Jeśli źle to odczytałeś to ci przywali. Tylko proszę nie mów, że nie wiesz jak się całować… Przypomnij sobie co się działo po między mną, a Dorcas kiedy byliśmy razem i po między mną a Amy… Chodź nie… To przyjdzie Glizdek… To przyjdzie…

Auror Alastor Moody zmierzył wszystkich wzrokiem. Był młodym facetem, włosy zaczesane niczym Snape do tyłu przynajmniej nie były przetłuszczone. Usta zaciśnięte tak mocno, że nawet nie można było zauważyć jego blado różowych wąskich warg. Odwrócił się do dyrektora, a ten do pozostałych zebranych dorosłych. Większość uczniów byli to 7 roczniki oraz 6 chodź gdzieniegdzie można było znaleźć 5 rocznik. Remus błądził wzrokiem po każdym aby znaleźć dziewczynę której zielone oczy i ciemna czupryna nie była w stanie zostać pomylona z inną. Odnalazł ją. Wpatrzona była w aurorów z zaciekawieniem.
 - Zakon feniksa to nie jest żadne durne kółko takie jak klub pojedynków czy trykanie się jak barany zaklęciami. –odezwał się opryskliwie Alastor co było u niego normalne. Podszedł bliżej jakiejś uczennicy która zareagowała tak jakby to koło niej pojawił się co najmniej śmierciożerca. Zacisnęła pełne malinowe usta w cienką linię, a wzrok utkwiła gdzieś w oddali. –Ty dziewczyno obawiasz się mnie! A ja wcale taki straszny nie jestem. Straszni to są śmieciożercy, a w szczególności kiedy dla własnej przyjemności rzucą na ciebie crucjatusa. Tylko nieliczni z was po zakończeniu szkoły będą mogli należeć do Zakonu. Jak wiecie… Albo też nie wiecie. Zakon został stworzony do walki przeciwko śmierciożercom. Pewnie nie jeden albo jedna z was przyszła tutaj aby zemścić się na nich ponieważ zabili kogoś z rodziny. Ciotkę, matkę, ojca, kota… Nie ważne. Jedna rzecz powinna was młotki i gęsie łączyć…Śmierciożercom mówimy zdecydowane nie! Czy jesteście gotowi nawet w pewnym momencie porzucić wszystko dla Zakonu?! Pewnie nie! Czy jesteście w stanie oddać życie dla zakonu?! Na pewno nie! Pewnie większość z was ma w rodzinie wysłannika czarnego pana albo nawet się z nim, nią umawia! Może też głupiec albo idiotka tutaj przyszła. Nie lubimy tu zdrady ale chętnie usłyszymy ciekawe informacje. Na przykład gdzie mają siedzibę? Lecz wy którzy tu przybyliście wiedźcie że i oni chętnie by poznali takie informacje… Oni z pewnością nie będą chcieli nic powiedzieć i was to dotyczy. Madlene McCornik nic nie powiedziała nawet kiedy ją torturowała nie jaka Bellatrix Lestrange. Nieznany nam czarodziej ukrócił jej cierpienia… Mówię to wam chuderlawi uczniowie, których wiatr by zwiał przy mocniejszym podmuchu, żebyście wiedzieli w co się pakujecie. Jeśli czujecie, że się nie nadajecie to tam są drzwi! Nie będę tych oskarżał o bycie tchórzami… Po prostu powiem sobie, że was nie było.
 Niecała połowa osób zebranych zaczęła wychodzić ale czwórka chłopaków trzymała się dzielnie. Ell wzięła głęboki oddech i także została co nawet ucieszyło Remusa, a po chwili jednak dobiło. Tym razem nie będzie mógł jej pomóc. Nie będzie mógł przybiec i ją uratować ponieważ będzie za daleko albo on będzie musiał być na innej misji. Westchnął ciężko i znów spojrzał w stronę aurora.
 -Jeśli którekolwiek z was posiada zdolności animagi, ma w rodzinie olbrzymy, jest wilkołakiem alb też na inny sposób odmienny niech wystąpi… Mówię to oczywiście także o tych które ministerswo nie opisało. Jeśli się obawiacie to po tym zebraniu będę wolny. –powiedział z założonymi na piersiach ramionami. –Ja tam pary z ust nie puszczę jeśli się o to obawiacie.
 - Możemy mu ufać? –spytał James i od razu odpowiedział mu Remus mówiąc: „Jeśli jakkolwiek przyczynię się do czegoś dobrego z moim futerkowym problemem to mu zaufam i powiem wszystko…” –Okay, Remus mu ufa, to wiecie co? Ja też.
Ellie
Razem z Nathanielem O’Collmelanem ruszyłam w stronę Hogsmade. Niedaleko nas przekomarzali się blondynka i przyjaciel mojego towarzysza. Oni ćwierkali jak te ptaszki, a my szliśmy oddaleni od siebie kawałek. Nie chciałam być w zasięgu jego ręki, ale ten wydawał się tego dnia tak przybity, że jednak się przysunęłam.
 - No to ten… -zaczął. Chyba wyobrażał to sobie nieco inaczej. Parsknęłam śmiechem wywołując  niego zakłopotanie. –Barty i Amy idą razem na herbatkę… Możemy im towarzyszyć albo pójść do trzech mioteł. Napiłbym się ognistej. Nie patrz na mnie jak na bandziora. Nie mów Amy ale zazwyczaj z Bartym jak mamy zły dzień to wypijamy po jednej butelce… Czasami na głowę innym razem po prostu jedną butelkę na naszą dwójkę.
 - Kobiety jak mają zły dzień potrafią zeżreć miskę lodów. Ja potrafię nawet kiedy mam dobry dzień i jestem uśmiechnięta zjeść całą miskę. O dziwo nie idzie to w biodra więc tak mogę żyć.–wzruszyłam ramionami. –Trzy miotły dobrze brzmią. Kto wie może i mi postawisz ognistą. Co tak patrzysz? Dziewczyny czasami nie są lepsze. Niech nas chłopak zrani to, albo oglądamy jakiś wyciskać łez zajadając lody lub popijając czymś procentowym, albo wyżalamy się sobie nawzajem tracąc rachubę butelek, mówiąc jacy to wy jesteście źli i w ogóle.
 - Och… To pewnie byłem tam na porządku dziennym. –wyszczerzył się, a ja przytaknęłam. –Byłem kiedyś typowym smarkaczem. Czasami mi to jeszcze pozostaje. Bo ino niestety moja siostra dostała intelekt a ja wygląd. Pewnie gdyby to usłyszała dostałbym książką chodź nie wiem… Ell, duchy mogą rzucać materialnymi rzeczami? Bo jeśli tak to jestem zgubiony!
 - Ej gołąbeczki! –krzyknęła z przodu Amy i odwróciła się do nas. Szła dalej tyłem, a wzroku z nas nie spuszczała. –Serio? Nic? Idziecie i jak takie katarynki nadajecie! Ta ta ta ta. Ta ta ta ta. Mam rozumieć ,że nie mogę nazywać Ell niedoszłą O’Collmelan?
 - Amy, niedoszła Crauch weź się przymknij albo przyssij do Bartyiego. Popatrz jaki przybity, jak zbity pies. A mówiłem żebyś przestała go bić. Teraz wygląda jak ofiara przemocy w rodzinie, a ty nawet jego żoną nie jesteś. –odezwał się Nathan, a blondynka wystawiła mu język i odwróciła się do chłopaka. –Eleanore O’Collmelan. Ej! To nawet fajnie brzmi. Dobra Ell, nie brzmi. Ale przyznaj że brzmi! To dobra moja niedoszła żono… Jakie imię wybierasz dla naszych dzieci?
 - Co?! –zakrztusiłam się własną śliną. Spojrzałam na niego piorunującym wzrokiem. Skoro tak się bawimy to niech będzie. –A więc mój nie doszyły mężu może Belzebub? Albo Lewiatan?
 - Jestem za Lewiatanem. –powiedział i od razu dodał.-Moja niedoszła żono. Chodź może od razu nadajmy mu imię Szatan? Na pewno będzie ulubieńcem katechetki w podstawówce. Dobra tak więc wyimaginowanego syna mamy. Teraz córka! To Brysia? Colett albo Klozet? Wiem że zdecydowanie jesteś za Klozet. To jeszcze kotek i piesek.
 -Ale ja chcę krowę! –tupnęłam niczym rozłoszczona pięciolatka. To zaczęło mnie bawić i najwyraźniej chłopaka także. Amanda idąca przed nami też zachichotała pod nosem po czym powiedziała coś swojemu chłopakowi. Chyba coś w stylu „Oni razem są tacy uroczy”
 - Może jeszcze ci Lewiatana księżniczko mam kupić? –spytał
 - To cudowny pomysł! Chcę Lewiatana! Nazwę go Fafik i razem będziemy chodzić do sklepu po świeży chlebek dla mojego mężusia. –powiedziałam i niczym typowa ciotka klotka zaczęłam ciągać go za policzki. Chłopak uśmiechnął się i liznął najbliższy mój palec. –Fuj! Polizałeś mnie! Masz pięć lat czy 16?!
 - Oj nie gorączkuj się tak. Gdyby nie ja teraz byś pewnie leżała na ziemi ponieważ podetknęłabyś się o kamień. Podłożyłabyś mi przez czysty przypadek nogę i przygniótłbym cię własnym cielskiem. –wyszczerzył się. –A więc uratowałem cię i powinienem teraz dostać buziaka jako wierny i oddany rycerz pięknej panny.
 - Patrz! Już jesteśmy na miejscu! –krzyknęłam i pobiegłam przed siebie. Brunet uznał to za wyścigi i już po chwili był tuż obok mnie. Jako, że był po pierwsze chłopakiem, a po drugie miał dłuższe nogi, więc zaraz mnie przegonił. Otworzył mi drzwi do trzech mioteł niczym idealny facet, dżentelmen ,którego ze świecą szukać.
 W środku było dużo ludzi. Gorąco na tyle, że już po przekroczeniu progu zdjęłam kurtkę i wsadziłam ją pod pachę. Rozejrzałam po „Trzech miotłach”. Zauważyłam huncwotów siedzących spory kawałek od nas. Dorcas, Lily oraz Vanessę Hope dziewczynę z naszego rocznika. Miała brązowe kręcone włosy i piwne oczy. Pociągnęła łyk kremowego i odnajdując mój wzrok pomachała mi. Dojrzałam także Avalone rozmawiającą z jakąś puchonką tak zaciekle że blondynka zaczęła gestykulować. W myślach zaczęłam wymyślać o czym mogła mówić „I wtedy przybiegł Syriusz! Miał gatki w panterkę! Co za brak poczucia gustu!”.  Do tego ta jej mimika co chwila albo się krzywiła jakby zjadła cytrynę albo uśmiechała od ucha do ucha. Ona nie odnalazła mnie. Była za bardzo pochłonięta rozmową. Nathaniel pociągnął mnie do stolika jak najdalej od huncwotów za to dosyć blisko Amy. Mogłam prawie słyszeć o czym rozmawia. Niestety to nie była rozmowa o Syriuszu i jego gatkach w prążki które są nie modne, ale byłam blisko, ponieważ okazało się że gadają o łapie i o tym że jego czarna koszula idealnie podkreśla jego czekoladowe oczy. Blondyneczka zatrzepotała rzęsami i westchnęła głucho na to towarzysząca błękitno włosa której kłaki miały bardziej odcień wyblakłego nieba niż po prostu intensywnej niebieskości, prychnęła mówiąc że to się zakończy tak szybko jak się zaczęło. Nie żeby coś ale dla mniej miałam przeprowadzoną rozmowę na temat lodów ze skrzatami, aby wtedy nam przynieśli ze dwa opakowania 2 litrowych lodów o smaku czekoladowym, jej ulubionych.
 - Witam. –podeszła do nas młoda dziewczyna która od razu zlustrowała Nathaniela wzrokiem. –Coś podać? Chłopak czy kolega?
 - Dwie ogniste i tak chłopak. –prychnęłam. Dziewczyna wzruszyła ramionami i odeszła z zapisanym zamówieniem. Nathaniel szczerzył się ukazując rząd pięknych białych ząbków. Zmarszczyłam nos. –To był typ dziewczyny podrywającej i pewnie gdyby nie moja determinacja w głosie i tak dałaby ci numer telefonu, a widzisz tamtą? To typ dziewczyny „ Jesteś ciacho jesteś be ale masz piąte koło u wozu, które jest przybite więc chętnie je pocieszę”.
 - Jestem chłopakiem Eleanore Fray. Wiesz, że mógłbym to krzyknąć? Wiem też że wtedy się ze mną nigdy nie umówisz. Więc tylko powiem że czuję się zaszczycony. –pochylił się nad stołem tak że te jego oczy wpatrywały się we mnie jak w obrazek namalowany przez Leonarda albo w rzeźbę wykutą przez Michała Anioła. –Jak dla mnie jesteś chyba aniołem który zstąpił z nieba, sprawić bym nagle stał się pantoflarzem. A zawsze należałem do grona niegrzecznych chłopców. Zepsułaś mnie! Chodź Barty się cieszy. W końcu przestałem do pokoju sprowadzać co rusz nowe panny. Nie zabijaj mnie wzrokiem Ell. To było dawno. Teraz to ty jesteś moją połówką.
 - E… -brawo Ell po prostu ci się kłaniać. Nathaniel oczekiwał że może i coś ja powiem. –Jesteś seksowny, a w szczególności w tym ręczniku. Mrr. Pół pośladka odsłonięte już wiem na co dziewczyny lecą kiedy cię widzą… Na zgrabny sześciopak z przodu i jeszcze bardziej zgrabniejszy tyłeczek. Przepraszam, musiałam. Jesteś świetnym przyjacielem i w ogóle.
 - Ranisz mnie. Tylko na tyle cię stać? Freindzone? Przed chwilą powiedziałaś że jestem twoim chłopakiem. –zrobił podkówkę. Podeszła do nas kelnerka z dwoma ognistymi. Przy okazji puściła perskie oczko Nathanielowi który nie został jej dłużny. Zagryzłam wargi i ściągnęłam brwi. Dziewczyna odeszła od nas poprawiając swoje ciemne loki niczym sprężynki. –O patrz idą. Nadal za nimi nie przepadam. Nawet jeśli twierdzą, że uratowali nas przed złem. Gdyby nie oni teraz byłabyś panią O’Collelan.
 - Mamy czas Nathaniel. –powiedziałam. I odwróciłam się w stronę nadchodzących huncwotów.

Siedziałam w pokoju chłopaków. Barty tłumaczył mi coś, a ja dokładnie słuchałam. Nasz referat był już prawie zakończony. Pozostało tylko uzupełnić niejasności i dodać źródła. Chodź pewnie dla chłopaka źródło to był „mózg”. Wielcy magowie byli po stronie Aleksandra i walczyli po jego stronie przeciwko jego przeciwnikom. Bla bla bla… Obstawiałam że i tak to zapomnę.
 - Naprawdę się zapisałaś? –burknął Nathaniel przerywając tłumaczenie przyjaciela. Był wściekły jak jeszcze nigdy dotąd. –Cholera, Ell! Będziemy po dwóch stronach bitwy. Tego chcesz?! Żebym widział jak trafiają w ciebie śmiercionośnym zaklęciem?! Chcesz żebym to ja był tym który trafi? Albo mój ojciec? Albo Barty? Ell! Jeśli takie będzie zadanie to mam do wyboru zabić albo zostać zabitym. To mnie zabije, ponieważ ja nie będę w stanie podnieść na ciebie różdżki, a co dopiero wypowiedzieć te dwa przeklęte słowa. Ty podajesz mu siebie na złotym talerzu. Obiecałaś mu coś… Chodź wcale nie musiałaś. Miałem tego nie mówić. Bo nie chciałem żebyś po prostu zwiała. Otóż kiedy się urodziłaś twój ojciec obiecał coś mojemu. Miałaś być to ty. Pierwsza córka Felixa Fraya. Jako dzieciak byłaś nieśmiała potem stałaś się opryskliwa. Zostało ci to do dziś. Kiedy po raz pierwszy się spotkaliśmy od razu zaznaczyłaś, że jesteś zajęta, ja powiedziałem to samo. Stwierdziłem, że masz tupet i wtedy dostałem list od moich rodziców, że moja z góry zapisana przyszła niedoszła jest tutaj. Miałem nic nie mówić. Wkupić się w twoje łaski. Zostałem zawsze odesłany z kwitkiem. Czasami mi się udało wywołać u ciebie uśmiech. Wtedy o tym wszystkim zapominałem. Zakochałem się w tych oczach podobnych do moich samych i w ustach czerwonych jak płatki róż. Z których chciałem chodź jeden pocałunek skraść. Szósty rok to ten teraz który zaczął się jak tania hiszpańska telenowela. Ty wróciłaś do jednego potem do mnie. Nie do końca wiedziałaś kogo chcesz. Nagle te zdarzenie. Zaproponowałaś coś o czym i tak już wiedział. To było dla niego jak uśmiech losu. Ja się czułem winny. Jak wiesz albo nie wiesz nasi ojcowie to śmierciożercy. Oddani czarnemu panu bardziej niż psy. Twój ojciec obiecał mi ciebie pod warunkiem, że nasz potomek będzie prawie, że następcą czarnego pana. Cóż potoczyło się jak potoczyło, a czarny pan nie kryje urazy. Czasami na zebraniach piorunuje mnie wzrokiem ale jednak chyba się poddaje… Co faktu nie zmienia. Bezpieczna to jesteś tylko obok mnie i Dumbledora no i koło tamtych gołąbków. I to tyle… Patrz przyjacielu! W końcu udało mnie się to powiedzieć.
 - I zabrać jej mniej więcej pół godziny z życia. –spojrzał na swój srebrny zegarek na nadgarstku. –Ty, super szybki, składający zdania w idealną całość, człowieku. Ell drzwi są tam i zamykaj usta bo ci mucha wpadnie albo jak to mówiła moja ciotka, krowa nasika.
 - To mi się układa w logiczną całość! –powiedziałam dając oznakę życia. –Niedawno widziałam wspomnienia mojej ciotki. Petry. Tam był moment w którym jedne nazwisko brzmiało jak przez stary megafon na peronie. Szumi ale niby informuje. Powiem, że się spodziewałam po tym jak się dowiedziałam chodź szczerze to obstawiałam każdą czysto krwistą rodzinę.
 - Wiesz że każda normalna dziewczyna by wyszła ale wcześniej trzasnęłaby mnie w twarz? –powiedział Nathan, a ja wzruszyłam ramionami.
 - Sadystą nie jestem. W końcu nie dowiedziałam się, że jestem w ciąży to co w tym strasznego? Lecz jeśli chcesz to chętnie ci przyłożę albo możesz też mieć marsz pokuty. –uśmiechnęłam się chytrze. –Całe błonia przechodzisz, nie przebiegasz w samych bokserkach.
 - Takie propozycje to kiedy gramy w butelkę i mam parę procent we krwi maleńka. –prychnął. –Chodź jeśli cię to podnieca… Mogę wpaść do twojego pokoju w nocy w samych bokserkach i z gitarą. Po za tym zagrajmy w grę… Dobra na tym nie wypali gdybyś miała koszulę to by wypaliło.
 - Może jeszcze powiesz na czym by ta gra polegała? –Barty zaśmiał się, a Amanda mu zawtórowała delikatnie się rumieniąc. Chyba wiedziałam o co chodzi i kto tą zabawę zaczął jako pierwszy. –No i po zabawie dziewczyna się domyśliła o co ci chodzi. I najlepiej by było gdyby ona miała te parę procent. Chodź nie wiem. To zależy od jej głowy. Jedne tracą nad sobą kontrole po jednej ognistej jak skrzaty po kremowym piwie inne po 10 nadal się trzymają. Kobiety jak faceci. Nie wiesz kto kompan do picia, a kto zaraz zwymiotuje ci na podłogę, chodź ty dopiero zaczynasz być nietrzeźwy. Alexander był typem kompana. Tak głosiły zapiski Cyrlusa naszego głównego bohatera, maga który był prawie że jego prawą ręką. Wiem, że jestem niemożliwy i wszędzie wpakuję te  durne informacje ale to kara za to, że zapomniałaś zebrać daty!
 - No wiem, wiem… Ile jeszcze razy mam cię za to przepraszać? –spytałam. Chłopak załorzył ramiona na piersiach i burknął coś pod nosem. Chyba to oznaczyło, że niczym czarny pan nie będzie chował urazy przez kolejny rok. –Mogę ci postawić kremowe albo ognistą ale się nie bycz.
 - Czekaj… -odezwała się Amanda jakby łącząc wątki. –Ej! Czy ty chcesz umówić się z moim chłopakiem? Jak już to te kremowe piwo albo co gorsza ognista to pod moim nadzorem. Bo kto wie co temu do łebka strzeli. Inteligentny tak, ale jak pijany to jak stary żul, nie do końca wiesz jakie ma zamiary i czy ci się do gardła rzuci czy zacznie podrywać.
 - Zaryzykowałaś. Jeszcze pamiętam ten tekst na podryw. Ygh. Nadal nie rozumiem czemu mój umysł to pamięta. „Masz zgrabne jędrne uda, co ty na to abyśmy się umówili?” –powiedział. Wybuchłam śmiechem podobnie jak Amanda, a Nathaniel padł na ziemię i ze śmiechu zaczął się turlać. –Ugh. Okropne. Stwierdziła, że przemyci mi eliksir trzeźwiejący ino potem się strasznie głupio czułem. Wszystko wina tego tam. „Wpijmy ponieważ są moje urodziny” i tak poszła jedna butelka, potem druga. A właśnie, Nathaniel ktoś tu jest.Ekhem? Hoł hoł hoł?
- Aaaa. –Nathaniel podbiegł do swojej szafki. Barty przymknął oczy oczekując, że z szafy wypadnie wszystko od starych ciuchów, po książki i przeterminowaną pizzę, a tam… Nic. Czysto. Zamrugał. Nathaniel pogrzebał w ciuchach i wyciągnął paczuszkę. Podszedł do mnie i klęknął. Nie, paczka nie była na tyle malutka by okazać się pierścionkiem zaręczynowy. Mógł być w niej na przykład sweter albo książka ale nie pierścionek. –Eleanore Fray z domu Fray, córko świętej pamięci Felixa Fray i Jodelle Fray z domu Clark. Czy zechcesz być… obdarowanym przez mnie dzieciaczkiem? A tak na poważnie. To chciałem ci to wręczyć osobiście skoro cię tu na święta nie będzie, a raczej nie przyjedziesz do mnie. Mama zrobiłaby ciasto cytrynowe, a siostra odnalazłaby dla ciebie jakąś świąteczną sukienkę. Może ze wszytymi w sukienkę choinkowymi światełkami? A teraz, otwieraj!
 Wzięłam pakunek od chłopaka. Było to opakowanie po butach przewinięte różową wstążeczką. Wykwintnie i z klasą w szczególności idealne dla dziewczyny o którą się starasz, na pewno to będzie wielkim plusem. Podziękowałam, a ten przewrócił oczami zachęcając bym otworzyła. W środku była karteczka oraz jeszcze mniejsza paczka. Wzięłam karteczkę i zaczęłam ją czytać.
 - Twe oczy szmaragdy, co nocą błyszczą się, dla nich na kolana padam, tak bardzo kocham cię, włosy twe, zawsze pachną wrzosami, je można nazwać brązowymi kłosami, kocham cię bardziej niż Tristan Izoldę, rzucę się i pod pociąg jeśli będę musiał, zatrzymam go dla ciebie, za to niedolę zrzucę na siebie. Och, gdybyś na mnie inaczej spojrzała, to byś mnie od razu bardziej pokochała. Twój Szekspir. –odczytałam, a Amanda westchnęła i powiedziała przesłodzonym głosem „Jakie to słodkie.” –Twoje dzieło? No dobra nie pytałam. Świetne! Pisz, pisz dalej.
 Zabrałam się do rozpakowywania drugiej paczki. Owiniętej typowo świątecznym różowym papierem w Mikołaje przemierzające cały papier na miotłach. Był on przepasany niebieską wstążeczką w groszki. Amanda od razu się odezwała, że to ona wybierała, dodała od razu, że chodzi o papier i wstążeczkę, a prezent to jego pomysł. Tu, wskazała na Nathaniela, który uniósł ręce i uśmiechnął się zalotnie. Rozerwałam papier, a Amy zrobiła urażoną minkę. Było to opakowanie po…Jeszcze mniejszych butach. Czyżby do pudełka po butach Nathaniela włożyli pudełko po butach Amandy? Otworzyłam wieczko, a tam znalazłam nasze zdjęcie oraz jeszcze jedno. Nasze zdjęcie najwyraźniej było robione niedawno. Nawet pamiętałam kiedy Amanda nam je robiła. Tłumaczyłam coś Nathanielowi, Amanda mnie zawołała, a wtedy Nathaniel musnął mój policzek. Ja odwracam się i piorunuję go wzrokiem. Za to drugie musiało być robione z ukrycia. To byłam ja, tego dnia kiedy przymierzałam suknię ślubną. Obracałam się, żeby zobaczyć jej zakończenie, a potem odwróciłam się do Amandy. Chłopak zaszalał jednak jeszcze bardziej. Odnalazłam album na zdjęcia, a to nie koniec. Uniosłam brew. Amanda machnęła różdżką uśmiechając się promiennie. Zaklęcie zmniejszająco-zwiększające. Mogłam się tego domyśleć. Równie dobrze jakoś magicznie mogłam znaleźć tam rower albo samochód. Czarodzieje potrafią wszystko. Otworzyłam album, który okazał się już mieć zdjęcia w tym te z takiego okresu mojego życia który powinnam pamiętać, a mam tylko przebłyski. Ja i mały Nathaniel. Uciekam przed nim i krzyczę chodź tego nie słychać. Zdjęcie typowych dzieciaków w piaskowni gdzie chłopak pociągnął mnie za warkocz ,a ja od razu rozwaliłam mu babkę. Zdjęcia z nim jak byłam mała to okres w którym miałam 4-6 do 8 lat. Później już z pierwszego roku szkoły i dalej. Kiedy obejrzałam cały nawet mnie się łezka w oku zakręciła. Było jeszcze miejsca, a miejsca. Odłożyłam na bok i wyciągnęłam z pudełka coś co musiało być bo inaczej chyba by nie było prezentem świątecznym. Różowy wełniany sweter z wielkim reniferem na cały przód bluzki i aby dobić z jego tyłem na tyle. Dojrzałam też karteczkę „Nadal wieżę, że od przyszłej teściowej”.
 - No i to tyle. Amanda chciała tam wpakować szkicownik ale w końcu stwierdziła, że to będzie od niej i od Barty’ego. Oj. Nie masz dla nas prezentu? Mam się popłakać? –zrobił podkówkę. Czułam się głupio w szczególności kiedy Amanda wyciągnęła spod poduszki szkicownik dla mnie oraz ich zdjęcie bym o nich pamiętała. Kupiłaby im nawet skarpety gdybym wiedziała. –Oj się nie denerwuj. Wyślesz nam pocztą… No tak. Wspominałaś, że cię wyciągają w Alpy. To może normalną pocztą? Zaklęcie takie jakie zrobiła Amanda i już o wiele mniej płacisz. Jakby co… Nie chcę skarpet. Je zawsze dostaję od ciotki Lucylli. Każdego roku w każdych kolorach tylko nie w czarnych.

    Siedziałam już po spotkaniu w wierzy Astronomicznej czekając na dodatkowe zajęcia które prowadziła nauczycielka w weekendy. Oparłam się o balustradę wychylając się delikatnie. Ostry chłodny wiatr owiał mi twarz, ale to było nawet przyjemne. Tego wieczoru niebo było cudowne dlatego też poszłam na te dodatkowe zajęcia. Po za tym miały spadać gwiazdy. Odszukałam Syriusza, oczywiście nie tego huncwota, a gwiazdę. Tą kule gazu którą nawet nie wiemy czy jeszcze nam świeci. Przeleciałam wzrokiem i oddałam się przemyśleniom, które natarły na mnie, jak Tytanik na górę lodową. Czy może popełniłam błąd zapisując się do Zakonu? Stałam tam niczym żołnierz, słuchając swojego przełożonego. Alastor wydawał się wiecznie opryskliwy ale przez to tylko ci co naprawdę chcieli się zapisać zostali. Walił prosto z mostu bo po co ubrać delikatniej to, że grozi nam śmierć. Dumbledore nie był zadowolony z tego, że się zapisałam. Podobnie jak Remus czy Nathaniel. Lecz to śmierciożercy zabili mi ojca. Przez nich zostałam sierotą, chodź mój ojciec po części sam się w to wplątał. Zawsze myślałam, że jest tym dobrze wychowanym, wzorem dla jego małej dziewczynki. Jednakże każdy ma swoją mroczną historię ukrytą przed światem. Nadal myślę czy jednak nie odejść, zostawić chęć do walki i być bezpieczna. Westchnęłam głucho i przymknęłam na chwile oczy. Szepnęłam.
 - Jeśli ktoś tam jest na górze, to niech mi powie co mam robić. –powiedziałam głośno i o dziwo nie odpowiedziała mi cisza. Usłyszałam głos który nie słyszałam od czas balu albo nawet przed balem. Za mną stał Lucas. Widziałam go podczas zebrania chętnych wstąpienia do Zakonu. Widziałam jak parę razy zawahał się, czy by jednak nie wyjść.
 - Jako starożytny wróżbita Lucas z Delf oświadczam ci, abyś szła własną drogą, bo dopiero później się okaże, czy będzie usiana cierniami czy stokrotkami. Czemu z góry ktoś ma nam zakładać, że ta droga to klęska albo na pewno początek czegoś nowego. –odezwał się i stanął tuż obok mnie opierając się o balustradę i spoglądając w dół. –Idź własną drogą, nawet jeśli będzie to oznaczało, że skończysz jako sklepowy żul. Nie dowiesz się tego, jeśli nie spróbujesz pójść tą drogą. Ty masz trochę gorzej, ponieważ robisz coś co jest szalone i może cię zabić szybciej twój chłopak. Chyba że to przeszłość i jednak zarywasz do starego kumpla? Mam rozumieć, że nie bawicie się w bociany? Nie bij. Elka. Mam wiele krępujących wspomnień w zanadrzu. Szkoda, że z nami nie zamieszkasz, a z tą ciotką. Myślisz że twoja mama przepisała cię jej w testamencie jak starą komodę? Po za tym… Jak tam się toczy życie? Oprócz tego, że nie zostałem zaproszony na ślub. No ja się pytam, dlaczego nie dostałem zaproszenia? Jeśli nie on to dlaczego ty mi nie wysłałaś?  Przepraszam kuzyneczko, nie powinienem żartować. Narobiłaś mi stracha kiedy nagle zginęłaś i nie tylko mi. Nauczyciele byli przerażeni ale na razie wszystko wróciło do no…no… Młoda Fray? –To na pewno nie był głos Lucasa –Młody umysł, a tak łatwo go wykorzystać. Po prostu chciwość znalezionej błyskotki. Niezły cyrk mi odstawiłaś. Myślisz ,że jesteś tu bezpieczna? Myślisz, że twój chłoptaś cię tu uratuje? Pobożne życzenie. Złamałaś obietnice, a u mnie to grozi śmiercią.
 Przeraziłam się nie na żarty. Oczy chłopaka jak dotąd błękitne i żywe stały się zamglone a na usta wpełzł dziwny uśmiech. To nie był mój kuzyn, zdecydowanie nie. Tyle, że o jakiej błyskotce mógł mówić. Od zawsze uwielbiał zegarki oraz czystość co nie miało teraz nic wspólnego. Zegarków miał zawsze ogromną ilość na rękach, to dla szpanu, to z własnego fetyszu. Czarny pan w skórze mojego kuzyna sięgnął po różdżkę z tyłu spodni. To nie był Lucas, a więc mógł spokojnie rzucić na mnie zaklęcie niewybaczalnie nie patrząc na to, że ja i chłopak jesteśmy rodziną. Cofnęłam się od barierki. Gdyby chciał mógłby mnie przez nią zepchnąć, a wtedy byłabym tylko mokrą plamą. Przerażenie w oczach, serce które waliło mi jak młotem. Czułam dokładnie jak obija się o moje płuca jakby domagało się wypuszczenie. Coraz szybsze „Bum, bum”. Podbiegłam do pierwszej z lunet, a koło mnie śmignęła tylko jasna poświata trafiając tuż obok mnie w drewnianą ławkę. Odwróciłam się. Chłopak jakby pod Imperiusem robił dokładnie to co chciał zrobić czarny pan. Chodź dokładnie to on to robił, Lucas z pewnością by się o coś potknął. Dlaczego przyszłam szybciej od pozostałych? Podbiegłam do schodów unikając kolejnych zaklęć rzucanych w moją stronę. Śmiał się z tego, że uciekam niczym myszka przed kotem. Jedno z zaklęć trafiło we mnie. Jako, że używał niewerbalnych nie miałam pojęcia czym było ale w brew swojej woli odwróciłam się i ruszyłam w jego stronę. W głębi duszy odwracałam się i uciekałam schodami ale moje ciało brnęło ku chłopakowi. Stanęłam przed nim. Ten uniósł kącik ust w drwiącym uśmiechu i trafił we mnie jeszcze jednym zaklęciem, którego nie musiał wymawiać, bym zdała sobie sprawę czym jest. Ból był taki jakby ktoś stał nad tobą i walił młotkiem raz za razem, mocno by bolało, ale nie tak by zabić. W oczach stanęły mi łzy, a z gardła wydobył się wrzask, gorszy od wrzasku dziecka, typowego histeryka. Crucio było tym, które mogło wsadzić Lucasa do Azkabanu, chodź to nawet nie był on. Zacisnęłam z bólu szczęki tak mocno, że zaczęły boleć mnie zęby. Wzrokiem, chodź niewyraźnym od łez, odszukałam chłopaka, który z dumą patrzył na minie leżącą pod jego stopami. Machnął różdżką i wdarł się do mojego umysłu tak szybko, że nawet nie poczułam. Mógł zobaczyć wszystko ale najwyraźniej zależało mu tylko na tym aby mnie torturować. Wdarł się do jednego ze wspomnień z moją mamą, a dokładnie z dna jej śmierci. Razem z czarnym panem staliśmy w drzwiach pokoju i patrzyliśmy, a ten jak kasetę wideo przewijał co chwila te zdarzenie od początku i od początku. W końcu kiedy znudziło mu się siedzieć w mojej głowie. Jedną nogą przygniótł mnie do ziemi i zacmokał z niezadowoleniem. Wtedy też na wierzę Astronomiczną wpadł dyrektor, nauczycielka i o dziwo O’Collmelan oraz parę gapiów i Remus.
 - To nie Lucas. –pisnęłam. Chłopak zdjął ze mnie nogę co dało mi szansę do ucieczki. Podbiegłam do Nathaniela i wtuliłam się w niego chodź kawałek dalej był chłopak z blizną. Zawsze można było powiedzieć, że był pod ręką lecz nie to było ważne. Lu spojrzał na wszystkich z rozszerzonymi oczami przypominającymi galeony.
 - Zaprowadźcie ją do pielęgniarki. Jest wystraszona chodź może być jej coś jeszcze. Tego nie wiemy. –zagrzmiał Dyrektor. Spojrzał na blondyna który nie wiedząc co się dzieje podszedł do dyrektora z otworzonymi ustami. Po chwili wzrok jego padł na mnie, ale ja tylko zalałam się łzami i wtuliłam w chłopaka tłumiąc płacz w jego czarnym T-shirt’cie z napisem „Płacz dziecino, płacz”, który prawdopodobnie nawiązywał do piosenki „Cry Baby” jednej Amerykańskiej piosenkarki, która przedawkowała. –Lucas pamiętasz w ogóle co się wydarzyło? O’Collmelan chyba ci mówiłem żebyś zabrał ją do pielęgniarki! Po za tym powiedz Horacemu żeby przyszedł domie. Wyczuwam tu silny urok rzucony na przedmiot w posiadaniu tego chłopca. Pani profesor powiedz Minerwie, żeby zapisała tej dziewczynie dokładnie z kim ma chodzić co dziennie. Nie przez przypadek ten chłopak został opętany przez czarnego pana. On chciał zabić pannę Fray tym chłopcem. Do tego to jeszcze jej rodzina. Jej kuzyn. Czasami myślę że dla niego nie ma granic.

Rozdział tak bardziej Ellie x Nathan.  Następny prawdopodobnie będzie typowo świąteczny i do tego tylko z Ell. Za to może dodatkowy rozdział świąteczny dla Huncwotów kiedyś napiszę :’) Jeśli jednak jesteście za Ellie x Remus to nie martwcie się. Jak już robić hiszpańską telenowele to ich wątek też się wprowadzi XD Tak więc jak się podoba to komentować jak nie też, uzasadniając dlaczego :’) Wtedy będę się starała jeszcze bardziej. Mecz też będzie opisany i to mam nadzieje w niedalekiej przyszłości :’) Mam nadzieje, że błędy nie rażą. Mój Word przestał podkreślać gdzie stawiać przecinki XD Więc mniej więcej od połowy zdawałam się na to co pamiętam z polskiego. Ino nadal piszę One Shot dla fanów Jili :’) To też będzie swego rodzaju rekompensata za to, że następny rozdział będzie się skupiał na El. W końcu to historia Ell XD Rozdział pisany bez Internetu i mam nadzieje że nie walnęłam się robiąc z Moody’ego młodego chłopaczka :’)

poniedziałek, 27 lipca 2015

Rozdział XXI

Ellie
Jako pierwsza z zajęć miała być Historia Magii z tym duszkiem, który właśnie tego dnia miał opowiadać o czymś innym niż tylko o wojnie z goblinami. Usiadłam w ławce tuż obok Avalone, która od imprezy przebywała ze mną coraz to częściej, co było również związane z Blackiem. Byli najsłodszą parką pojawiającą się, co wydanie gazetki szkolnej. Blondynka przeciągnęła się i już miała układać się do snu, kiedy to nauczyciel spojrzał na nią groźnie.
 - Mam nadzieje, że to był ostatni raz. –prychnął i sięgnął po kartkę. –Mam dla was pracę. Macie napisać parach, które zaraz wyczytam pracę o tym jak czarodzieje przyczyniali się do zakończeń różnych wojen mugolskich, na przykład, co robili i po jakiej stronie walczyli podczas wojny secesyjnej. Najładniejsza i z najoryginalniejszą wojną może dostać nawet W. Tylko proszę o fakty historyczne, a nie o wojnę z kosmitami według Spilberga… A więc... Barty Crouch Junior z Eleanore Fray. Natahniel O’Collelan z Amandą Montecki, Syriusz Black z Dorcas Madows, Peter Pettegrew z Avalone Williams, Bella Zilberg z Remusem Lupinem, Holly Horn z Cygusem Newtonem, James Potter z Lily Evans […] Mam nadzieje, że pary nie są aż tak źle dobrane i wiedźcie, że zmiana nie jest możliwa. Uprzedzam was tylko i każdy, kto nadal będzie upierał się przy zmianie Partnera lub też partnera dostanie ujemne punktu. Macie na to dwa tygodnie, aż do świąt, ponieważ nie wiem czy ktoś gdzieś się do rodziny wybiera czy leci w Bieszczady. Każdy, kto odda po terminie będzie miał o jedną lub dwie oceny niżej, bo to akurat zależy od czasu oddania. Tak, więc usiądźcie w pary, które połączyłem i się naradzajcie. Proszę się podzielić możliwie po połowie pracy.
 Nie sprzeczałam się z nauczycielem, bo Barty nie był złym towarzyszem. Tylko ten często odstraszający tik. Ciarki przechodzą. Usiadłam koło niego, a Nathaniel przed nami z jego dziewczyną, która nie była przeszczęśliwa. Zielone oczy bruneta zlustrowały mnie wzrokiem. Uśmiechnął się i odwrócił do Amandy. Kątem oka widziałam jak naciąga rękaw szaty, aby nawet kawałka jego znaku nie było widać. Odwróciłam się do towarzysza niedoli, który uniósł kącik ust.
 - Zapewne I i II wojna będzie miała największy odzew, więc myślę nad tym czy nie brać czegoś wcześniej. Na przykład magowie i czarnoksiężnicy w oddziale Aleksandra Wielkiego. –przewracał karki książki od Historii. Nigdy jej nie przeglądałam, ponieważ ciągle byliśmy na tym samym temacie i obawiałam się, że kolejne będą takie same. Zatrzymał się na stronie 56 gdzie obok tekstu znajdował się wizerunek Aleksandra oraz maga i zwykłego wojownika. –Możemy też trochę pójść do przodu i zająć się wojną z Prusami i punktem kulminacyjnym bitwą pod Grunwaldem. Nie mam zamiaru pisać o czarodziejach w wojnach angielskich albo amerykańskich. Te tematy będą oblegane. A więc?
 -Polska wojna albo wojny Aleksandra… -w końcu wzruszyłam ramionami dając mu wybór. Spojrzałam do dwójki przed nami, którzy rozmawiali o wojnie secesyjnej. Jednak Crouch miał rację mówiąc o tym, że wojny nam bliskie będą oblegane. Barty wskazał na kartkę z wojnami i bitwami Aleksandra. Wybrał, ponieważ mi to było obojętne. Czytałam kiedyś o nim. Młody chłopak i gdyby nie my pewnie nie byłoby z nim tak fajnie chodź i tak kiepsko zmarł.
 - Może po lekcjach przyszłabyś do nas? Zebrałabyś trochę materiałów i jakoś byśmy to sklecili w jedną całość. Amanda też będzie, ponieważ Nathan jest kiepski w pisanie wypracowań… Normalnie nazywa się to leń, ale powiedz tylko mu, że nim jest, a się fochnie jak mała 5 letnia dziewczynka. –zaśmiał się. Nathaniel prychnął dodając „Słyszałem to! I wcale leniem nie jestem… Co nie Amanduś?”  Amanda nic nie odpowiedziała tylko próbowała powstrzymywać śmiech. –No cóż stary… Nie jestem tego pewien. Powiedz to stercie skarpetek. Wyobraź sobie, że skrzaty często mają ich dosyć? Zawsze rozparowane, ukiszone przez tydzień na stercie. A jeden chłopak z naszego pokoju taki pedancik nie pedałek… To różnica chodź czasami nie zawsze. On kupił kosz na brudne ciuchy a ten twierdzi, że jest za daleko. Tyle, że potwierdzenia w pokoju nie znajdziesz… Chyba, że otworzysz jego szafę, lecz nie radzę. Jego brudne bluzki może i przeżyjesz, ale obawiam się, że gdyby jego gacie na ciebie spadły to zadziałałyby niczym palące do kości toksyny lub kwas. Więc dowiesz się o jego prawdziwym ja, kiedy albo z nim będziesz albo za niego wyjdziesz. Tyle, że nie tak jak to było ostatnio… Przyjmijmy, że tego w ogóle nie było albo… Wspominajmy tylko dobre chwile. Gdyby nie to byście się z Amy nie poznały albo ze mną albo nadal byś była wilkołakiem. Szukaj pozytywów. 
 - Tak, więc Ell –Nathan spojrzał mi prosto w oczy. Serduszko zatrzepotało mi jak u koliberka obijając się, co chwila o klatkę piersiową. Gdyby był bliżej, a jego usta pragnęłyby mnie tak jak moje jego to nie przeszkadzałoby nawet to, że jesteśmy na lekcji. –Wiem, że twój ochroniarz mi nie pozwoli, ale czy poszłabyś ze mną na kremowe? Chodź zdecydowanie bym nie chciał to jednak, jeśli musi to może leźć z nami. Tyle, że kremowego mu już nie postawię… 
 -Zgoda. Pod jednym warunkiem. –powiedziałam, a ten przewrócił oczyma. –Mogę załatwić, że Remusa nie będzie, ale po kremowym zaprowadzasz mnie do szkoły albo… Albo stawiasz mi lizaka w miodowym królestwie. Poproszę Amy, aby była w pobliżu, jeśli będziesz chciał mnie magicznymi sztuczkami omamić i uprowadzić. Lub co gorsza… Sprawić bym chciała cię pocałować.
 - Ranisz słońce. –uśmiechnął się ukazując rząd białych zębów. –Rozgryzłaś mój genialny plan. Chciałem zrobić voodu cudu abyś ty rzuciła mi się do stup. Wiesz mi od zawsze tego pragnąłem! A niech cię Eleanore Fray i twój przebiegły umysł! Z resztą, po co miałbym cię omamiać skoro mogę sam z moją naturalną urodą cię zauroczyć Ell. Wtedy nawet nie zauważysz, a wtargnę do twojego umysłu i w końcu sama będziesz chciała mnie pocałować. Taka kolej rzeczy. Nazywa się to tak naukowo zauroczeniem bądź zakochaniem. Jak wiemy, nauki nie oszukasz… Chyba, że magią sprawisz, że słońce zacznie tańczyć disco, a ziemia zacznie jej klaskać, co wywoła trzęsienia oraz katastrofy. Naukowcy nazwą to ociepleniem a my, że „ruszyliśmy słońce, a wstrzymaliśmy ziemię”. 

Tego dnia w gabinecie dyrektora zauważyłam nieznaną mi kobietę. Trochę starszą od mojej świętej pamięci matki, lecz nie za dużo. Jasne włosy miała rozpuszczone, a te układały się jej falami na ramiona aż do piersi. Oczy okrągłe, które z taką dobrocią i serdecznością a także ze współczuciem wpatrywały się we mnie. Widać było po niej, że mnie zna tyle szkoda, że ja nie… Miałam jedynie delikatne przebłyski, które mówiły, że jednak skądś ją pamiętam. Kobieta podeszła do mnie i przytuliła do siebie. Była dobrze zbudowaną kobietą, co czuć było w jej miśastym uścisku. Uniosła mój podbródek i zaczęła obracać moją głowę a jej oczy przyglądały się każdemu centymetru mojej twarzy tak jakby czegoś szukała. W jej oczach pojawiły się łzy, które ściekły po jej rumianych policzkach. Otarła je dłońmi i odsunęła się.
 - Przepraszam, że się nie przedstawiłam… Jestem Petra. Siostra twojej matki. Kiedy cię ostatnio widziałam to byłaś malutka i latałaś na golasa po całym podwórku. Siostra próbowała się dogonić trzymając w dłoni tetrową pieluchę. Byłaś takim pociesznym dzieciaczkiem. –powiedziała, a mnie się zrobiło gorąco na twarzy. Nie ma to jak usłyszeć dosyć żenujący moment ze swojego życia i wyobrazić jeszcze siebie biegającą po tym podwórku. Kobieta widząc moją miną odchrząknęła. –Teraz jesteś już prawie dorosłą kobietą. Przypominasz mi swojego ojca. Odkąd się urodziłaś twierdziłam, że jesteś do niego podobna. W szczególności te oczy… 
 - Petro może przeszłabyś do rzeczy. –uśmiechnął się dyrektor, po czym popił herbatę z różowego kubka, na którym napisane było „Kocham mojego feniksa”. –Panna Fray ma jeszcze lekcję, a chciałaś jej pokazać jakieś ważne wspomnienie czyż nie?
 - Jeślibyś chciała to na święta możesz do nas przyjechać. Mąż się z pewnością ucieszy. W końcu sam jest czarodziejem. Mieliśmy pojechać do jego rodziny na Bawarię, więc chętnie cię zabierzemy. Poznasz kuzynostwo. –uśmiechnęła się. –Większość uczęszcza do Drumstrangu, ponieważ Niemiecka szkoła magii im nie przypadła do gustu. Nasze dzieci uczęszczają tu. Chciałam ci powiedzieć i pokazać ile twoja matka przed tobą ukrywała. Zawsze była osobą, która mówiła o sobie to, co jest konieczne. Na przykład, że urodziła się w Szkocji na wielkanoc. Rzadko, kiedy opowiadała coś o sobie albo opowiadała bajki, w których to ona była główną bohaterką i najczęściej to były wspomnienia tylko obrane w soki, księżniczki i magię. Pamiętasz którąś z jej bajek?
 - Spróbuję sonie przypomnieć, jeśli to konieczne. –usiadłam na kanapie, po czym sięgnęłam ręką do miski z landrynkami. Wzięłam parę do ust. Poczułam ich słodycz, delikatna nuta owoców przypomniała mi o tym jak to opowiedziała mi bajkę, kiedy siedziałyśmy obie w ogrodzie a ja nawpychałam sobie do buzi czerwonych porzeczek i z wielkim grymasem je pogryzłam i zjadłam. –Mogę jej trochę nie pamiętać, ale była historia o dwóch owocowych wróżkach, które pomagały każdemu jabłku opaść na ziemię po woli, aby się nie poobijało. Pewnego dnia nie dopilnowały i jedno z jabłek spadło. Poobijało się mocno. Wróżki były przerażone, ponieważ nie dopilnowały i mogła je spotkać sroga kara. Ogrodnik zobaczył je i jego poobijane niebo. Zamlaskał, po czym powiedział „Tak długo oszukiwałyście naturę, ale czasami trzeba dać jabłku spaść samemu. Pobija się, ale właśnie tego chce natura. Skoro jabłka mają się poobijać to poco je od tego chronić?”  I na tym zakończyła jednakże po chwili dodała, „Jeśli ktoś chce skoczyć z bardzo wysoka do wody to musimy go od niej odciągnąć, bo ludzie naturalnie nie skaczą z bardzo wysoka na gółkę. Bóg nie stworzył ludzi, aby się zabijali oni mają żyć i jeśli nadejdzie ich koniec to wtedy dopiero umrą. Na przykład, jeśli człowiek jest bardzo chory nawet bardziej chory niż człowiek przeziębiony. Kiedy nie ma już wyjścia i Bóg go woła to wtedy trzeba pozwolić mu odejść, pozwolić by jak te jabłko spadł na ziemię. Taka kolej rzeczy. Tam gdzie latem spadło jabłko tam wiosną zacznie rosnąć drugie. A gdzie ludzie umierają tam też się rodzą”. Wydaje mnie się, że już wtedy wiedziała…
 - Właśnie w ten sposób przekazywała informacje. –uśmiechnęła się delikatnie ciocia Petra. –Na przykład, kiedy chciała mi powiedzieć, że umówiła się z twoim ojcem to jej historyjka brzmiała mniej więcej tak „Pewna dziewczyna umówiła się z chłopcem innego rodu, że spotka się w z nim w ogrodzie, więc ta przyszła do swojej siostry obawiając się, że się nie zgodzi i przegoni. Powie, że nie jest już jej siostrą albo poprosi chłopca innego by ten towarzyszył jej tego dnia…” Wtedy uniosłam na nią brew i spytałam czy umówiła się z tym draniem. Chodź powiem ci, że drań to delikatny zamiennik tego, co użyłam. Ona wtedy spurpurowiała. Nadymała się, jak rozdyma i wyszła z mojego pokoju trzaskając tak mocno drzwiami, że aż współlokatorki na mnie dziwnie spojrzały. I tak jak mówił dyrektor miałam ci coś pokazać, a po za tym… Teraz to ja jestem twoim prawnym opiekunem, więc mów do mnie jak chcesz tylko proszę bez „per pani”, ciociu, Petro, ciociu Petro albo kolorowy kucyku… Tak dużo osób na mnie mówiło nawet mój mąż… Znów odbiegam od tematu. Słyszałam, że poznałaś już jedno z jej wspomnień. Wiesz mi ona albo przylatywała do mnie, aby się wyżalić albo nawrzeszczeć. Po zakończeniu szkoły rzuciłam wszystko i odjechałam w siną dal… To była jedna z gorszych kłótni z twoją mamą. Myślałam czy by ci jej nie pokazać… W końcu znałaś ją tylko z tej jednej strony, a nawet nie wiesz ile przed tobą ukrywała… Jednakże wiem ile dla ciebie znaczyła i chyba wiem, co chcę ci pokazać.
 Kobieta wyciągnęła różdżkę i jej czubkiem dotknęła swojej skroni. Stanęła przed myśloodsiewnią, po czym wrzuciła wspomnienie do niej. Odwróciła głowę, aby zachęcić mnie gestem dłoni. Podeszłam nie pewnie i chodź już wiedziałam jak z niej korzystać to jakoś nie byłam jej pewna. Stanęłam po jednej stronie, a Petra po drugiej. Chciała mi wszystko pokazać i opowiedzieć, dlatego też zanurzyła się razem ze mną. 

Młoda dziewczyna o turkusowych włosach siedziała na balkonie gdzie na opartej o jedną ścianę sztaludze malowała dzieci bawiące się na podwórku. Widziała jak łapią się za ręce i śpiewają kółko graniaste. W jej umyśle pojawiło się wspomnienie, kiedy jako mała dziewczynka została wsadzona wraz z siostrą do pociągu na wieś gdzie mieli przeczekać wojnę. Mogli siedzieć w domu pod zasłoną zaklęć jednakże jej ojciec czół się odpowiedzialny za ich kraj i poszedł na front, a matka twierdziła, że tu jest zbyt niebezpiecznie. Spakowała je w małą walizeczkę, którą miała pod ręką i wysłała je do rodziny jej męża. Tam też się tak bawiła. Z dala od bomb i tego wszystkiego. Usłyszała pukanie. Odwróciła się i ujrzała blondynkę o oczach ciemnych jak noc. Usiadła z herbatą na krześle tuż obok drewnianego stolika, na którym leżał wazon z trzema białymi różami. Z salonu można było słyszeć muzykę Debussy’ego oraz krzątaninę kobiety dosyć niziutkiej postury. Wyszła na balkon, ale tylko, aby zapalić fajkę. Miała złote niczym łany zbóż włosy, które upięte były w nienaganny kok. Oczy w kształcie migdałów koloru gorzkiej czekolady, posiadała cieńszą górną wargę od drugiej oraz piegi i myszkę na lewym policzku. Widać było, że jest twardą kobietą, która nie da sobie w kaszę dmuchać chodź nie za wysoką wzrostem za to wielką duchem. Spojrzała na córki i nagle cała ta hardość i twardość ustępowała miłości. Rozejrzała się uważnie i z kieszeni spódnicy wyciągnęła różdżkę, po czym machnęła a włosy blondynki, które były związane w dwa warkocze zaczęły tańczyć. Zachichotała, lecz po chwili spojrzała na mamę tym wzrokiem, który mówił tylko jedno. Wstała z krzesła i podeszła do siostry, po czym zaczęła jej śpiewać piosenkę urodzinową. Dziewczyna odwróciła się do niej i uśmiechnęła się szczerze, po czym przytuliła ją. Na balkon wpadł mężczyzna o wiele wyższy niż jego żona czy córki. Nie był typem sportowca, ale nie posiadał też piwnego brzucha. Miał szerokie barki i wielkie dłonie. Tak duże, że gdyby miał ją położyć na twarzy blondynki zakryłby ją prawie całą, a palce muskałyby jej włosy. Ubrany był koszulę i kamizelkę w kratę, a także w spodnie zaprasowane na kant. W dłoni trzymał tort, który nie był może ogromny, ale na ich czwórkę był idealny. Miał może 15 centymetrów wysokości. Cały pokryty był błękitnym lukrem. Położył go na stoliku, po czym od zapalniczki podpalił każdą z 18 świeczek. Dziewczyna podeszła do tortu i zdmuchnęła je wszystkie myśląc nad jednym życzeniem „Chciałabym być szczęśliwa do końca swoich dni”. Odwróciła się do rodziny. Nagle zauważyła, że ktoś do nich dołączył. Zmarszczyła brwi i wydała z siebie bezgłośne warknięcie. Felix Fray we własnej osobie. Otoczył dłonią talię Jodelle i uśmiechnął się do niej. Nadal za nim przepadała chodź to mało powiedziane. Głupia gęś była z jej siostry.
 -U nas w rodzinie wszyscy łapią się za ręce i otaczają jubilata, po czym odśpiewywują tą piosenkę. A w 18 urodziny ludzi jest jeszcze więcej. Robią parę kółek wokół jubilata, po czym głowa rodziny podchodzi z małym kieliszkiem wódki i daje mu i jak go wypije to było niczym podpisanie papieru o jego dojrzałości. –powiedział, a czarnooka wpatrywała się w niego jak w obrazek. Jubilatka prychnęła na niego, przez co naraziła się na zwrócenie uwagi przez rodziców. Nawet rozkazali ją przeprosić. W oczach dziewczyny widać było furię, która miała zaraz wybuchnąć. Zacisnęła dłonie w pięści tak mocno, że zaczęła wpijać sobie paznokcie. Usta zamieniły się w cienką linie. –Nic nie szkodzi. My już tak od szkoły. Nie przepadamy za sobą. Proszę nie być na nią zły, że ma taki porywczy nieutemperowany temperament... Złe ziarna i w takiej rodzinie się trafiają.
 Dziewczynę aż zagotowało. To było niesprawiedliwe, że chłopaka Jo zaakceptowali od razu, a jej pogonili i zagrozili, że poszczują psem. Założyła ręce na piersiach. Podeszła do swojej sztalugi i wzięła z niej ułożone wielkością pędzle. Wpadła w furię, którą nie potrafiła powstrzymać. Włosy wpadły w krwistą czerwień i zaczęły falować tak, że do złudzenia przypominały ogień. Zaczęła obrzucać go pędzlami każdym jak leci i każdy jeden opadał tuż przed nim. Lecz nie dlatego bo nie miała siły. Zaczarował je. Siostra stanęła przed nim i chciała go chronić. W oczach Petry pojawiły się łzy i nakazała się jej odsunąć. W dłoni trzymała najgrubszy pędzel do tła cały umorusany w błękitnym akrylu. Nie ruszyła się. Ojciec poczerwieniał ze złości i już chciał podejść do dziewczyny chwycić ją za ucho i wyprowadzić z balkonu, kiedy się wyrwała. Przebiegła przez balkon do wielkiego salonu. A z niego prawie przewracając się o pufy na holl, ale tylko po to żeby z niego wpaść na schody i po nich wbiec do swojego pokoju. Zamknęła się jednym zaklęciem i zaczęła się pakować. Nie wiedziała nawet, co pakuje. Słychać było dudnienie w drzwi i rozłoszczony głos ojca niecierpiący sprzeciwu. Oraz też głos jej siostry. Mruknęła coś niezrozumiałego i niczym duch przeszła przez drzwi do pokoju dziewczyny. Czerwień włosów dziewczyny, która teraz klęczała na dywanie i pakowała bieliznę do podręcznego plecaczka oraz całe oszczędności osłabła, ale powróciła, kiedy tylko zauważyła oczy swojej siostry. Jodelle właśnie trafiła do klatki z rozjuszonym lwem. I nie zachowała się tak jak to ona miała w zwyczaju w przypadku obcych osób. Szarpnęła dziewczynę tak mocno żeby ta spojrzała na nią.
 -O, co ci do cholery jasnej chodzi dziewczyno?! –wrzasnęła na nią. Zaczęła wymachiwać rękami aż Petra przymrużyła oczy obawiając się, że mogła od niej dostać. Choćby przez przypadek. –Ja już cię nie rozumiem! Czemu jesteś taka zła?! Czemu chodź raz nie możesz być normalna i nie wybuchać, kiedy jestem z nim. To irytujące i psujesz mój obrazek idealnej rodziny. A może jesteś po prostu zazdrosna? O to, że moi rodzice lubią mojego chłopaka, a twojego nigdy nie trawili? No cóż jaśnie pani musisz się z tym pogodzić! Zawsze byłaś czarną owcą… 
 -Za to ty byłaś ta idealna?! –spytała z sarkazmem. Była na skraju tego, aby ją trzepnąć. –No to przypomnij sobie bekso, kto cię pocieszał! Mamusia czy ja?! Oczywiście, że ja! Spałaś ze mną w szkole, kiedy była burza! Czytałam ci bajki na dobranoc! Pomagałam! I świetnie mi się odpłacasz! Myślicie tylko osobie… Cała ta rodzinka! Aż dziw, że do niej należę! Może się pomylili i miałam trafić do zupełnie innej rodziny? A teraz przepraszam, ale uciekam!

Kobieta stała przed drewnianymi drzwiami. Miała na głowie założony kaptur, ponieważ padało. Zapukała po raz kolejny, po czym spojrzała na mężczyznę, który stał tuż obok. Miał on ciemne delikatnie kręcone dosyć krótkie włosy i ciemne oczy. Na jego twarzy malowało się zmieszanie. Puk, puk. Puk, puk. Już pomyśleli, że nikogo nie ma albo, że pomylili numery. Kiedy nagle słychać było przekręcany zamek. Drzwi otworzyły się a w nich ukazała się kobieta, a nie dziewczynka, którą pamiętała ze swych wspomnień. Włosy miała rozpuszczone a te opadały jej do początku ramion. Rzęsy pomalowane, lecz nie widać było grudek po tuszu. Usta muśnięte czerwoną szminką. To nie była ta 16-latka, którą zostawiła. 
 - Jo, kto przyszedł? –słychać było kroki mężczyzny zbliżającego się do drzwi. Stanął koło niej i tak jak za tamtym razem objął ją w tali i przyciągnął do siebie. Zlustrował mnie wzrokiem. Minęło tylko 6 lat, a patrzyli na mnie jak na ufoludka. –Świadkowie Jehowy? Nie no, żartuję. Wchodźcie, bo zmarzniecie. Kawy, herbaty, grzanego win, a może piwa? Ten wyraz twarzy poznałbym nawet w tłumie Petro.
 - Myślałam, że przyjedziesz ze swoimi szkrabami… -powiedziała Jo i odruchowo przejechała po swoim brzuchu. Wspominała raz w liście do swej siostry, że jest w ciąży, co i tak wywołało u niej nie małe zdziwienie. –To jest Joseph? Jestem Jodelle pewnie Petra ci o mnie wspominała.
 Uśmiechnęła się delikatnie, po czym wprowadziła gości w swoje skromne progi. W przedpokoju zostawili buty i kurtki, po czym przeszli do salonu. Usiedli oboje na kanapie, a Jo zajęła fotel z podnóżkiem tuż obok nich. Nogi miała obolałe oraz kręgosłup, więc chwile relaksu w fotelu były bezcenne. Spojrzała na swoją siostrę, która zaplotła dłonie i ułożyła je na kolanach garbiąc się delikatni, a jej wzrok był wbity w drewniany stół, na którym stała waza z bukietem pięknych kwiatów.
 - Myślałam nad imionami dla tego tajemniczego berbecia. Dziewczynka to miała być Sharon albo Bernadett chodź Felix się upiera przy Elizabeth za to chłopiec to Willy albo Frank… -zaczęła. Petra nie po to tu przyszła, więc założyła dłonie na piersi i wbiła wzrok w dziewczynę, a w jej oczach widać było, że czegoś od niej oczekuje. –Wiem, po co tu przyszłaś… Niestety muszę cię wyprowadzić z błędu. Nie przeproszę cię za to, co działo się tak dawno! Tak dawno Petra! Zapomnijmy…
 -Mówiłem, że nie trzeba jechać. –odezwał się Joseph. Słychać było typowo niebieski akcent w jego angielskim, jeśli by się przysłuchać. Spojrzał na, Jodelle której mina była niewzruszona. Powaga, jaka od niej ziała nie przypominała w niczym dziewczyny, którą pamiętała Petra. –Ona jest twoją rodziną Jodelle a rodzinę trzeba kochać. Pewnego dnia może pozostać ci tylko ona albo też umrzesz i twoje dziecko nie będzie miało gdzie się podziać, a Petra jej lub jego nie przyjmie, ponieważ ma swoją czwórkę na głowie. Zastanów się czy naprawdę warto iść w uparte i nie powiedzieć tego przepraszam. 
 - Przyniosłem herbatę. –odezwał się Feliks z uśmiechem na twarzy, ale widząc napiętą atmosferę sam też spoważniał. Stanął przy swojej żonie. Nie wiedział, na jakim etapie rozmowy są. Więc się nie odzywał. Zauważył wzrok Bawarczyka, który padał na jego czarny znak. Pociągnął rękaw koszuli, aby go zakryć. Przygryzł wargę. –Moja matka mówiła, że to będzie dziewczynka. Mamy z nią już związane wielkie plany. Chodź to nie średniowiecze to dogadaliśmy się z rodziną [...], że jak dorośnie to wyjdzie za ich syna… Za długi mam jęzor. Żona zaprosiła was, aby poprosić o to żeby Petra została jej matką chrzestną. Mam nadzieje, że się zgadzasz…
 - Jeśli mnie przeprosi! –wstała z kanapy. Poczuła gule w gardle. Nie będzie płakać nie teraz i nie w tym momencie. –Oczekuję od niej tych przeprosin! Przez nią straciłam kontakty z rodziną! I przez ciebie też Fray! Stwierdziła, że jestem czarną owcą całej rodziny a ty, że jestem rozwydrzonym nieutemperowanym bachorem! Mam, czego oczekiwać od was. I są to przeprosiny. Ponieważ tego nie da się zapomnieć! Zrozum to kobieto! Jak dla mnie to nadal jesteś tym samym dzieciakiem, którego kochałam Jo… Tylko szkoda, że tak się zepsułaś.

Stałam tuż przy dormitorium ślizgonów. Niektórzy patrzyli na mnie podejrzliwie inni nie. Zaczepiłam jedną z dziewczyn mówiąc dokładnie, o co chodzi i dlaczego zaszczycam tak mało urocze miejsce. Zostałam wpuszczona dzięki jej nadzwyczajnej gościnności. W środku panował gwar . Wzrokiem próbowałam odnaleźć Barty’iego tyle, że dlaczego większość stała bądź siedziała tyłem do mnie. Nagle zauważyłam, że ktoś stoi koło mnie.
 - Chodź zaprowadzę cię do ich pokoju. –Amanda stała tuż obok, po czym niczym typowy przewodnik przeprowadziła mnie przez tłumy ślizgonów. Blond włosy miała zaczesane w wysoką kitkę, rzęsy delikatnie pociągnięte tuszem i powieki pomalowane błękitnym cieniem. Podeszliśmy do pierwszych schodów i nimi wspięłyśmy się aż do ich pokoju i tak jak mówił chłopak panował w nim porządek. Chłopak siedział na ziemi i przeglądał książki. Uniósł na nas wzrok i uniósł kącik ust. Amanda podeszła do niego i na chwile odciągnęła go od książki. Usłyszałam, że w łazience leje się woda i od razu dowiedziałam się, kto tam jest. Zachichotałam a Amanda przyłożyła palec do ust. Przynajmniej będzie miał niespodziankę. –Zawsze wychodzi w ręczniku nie ważne czy jestem czy mnie nie ma. Czasami Barty jest o to zazdrosny, że mnie podrywa szpanując sześciopakiem. 
 Przysiadłam na jednym z łóżek i zaczęłam wyciągać materiały, które obiecałam chłopakowi. Sama nie wiem, kiedy znalazłam czas na to, aby je znaleźć, ale je znalazłam. Parę kartek pergaminu z zapisanymi datami oraz z głównymi postaciami występującymi w tej wojnie. Położyłam mu przed nosem, a ten zaczął je czytać. Próbowałam je napisać własnymi słowami, więc czasami się zmarszczył i wskazał palcem na coś, czego nie rozumiał. I kiedy chciałam mu już to wytłumaczyć to w pokoju pojawił się Nathaniel wyłaniając się zza gęstej pary, która powstała w łazience. Tak jak mówił miał na sobie ręcznik i najgorsze, że tylko. Aż mi wstyd przyznawać się do tego, że mój wzrok skupił się na jego idealnie wyrzeźbionym brzuchu. Uniosłam wzrok na niego i wtedy zauważył, że ja jestem. Chwycił się odruchowo za ręcznik, który stwierdził, że chętnie opadnie. Pośpiesznie podszedł do szafy. Barty gwizdnął, a ja zaśmiałam się. Wredny ręcznik odsłonił jego oba pośladki. Usłyszałam jak klnie pod nosem. Amanda krzyknęła coś w stylu „Uwodzisz”, a Barty powiedział, że przecież mu też się zdarzyło i akurat była Amanda. Burknął coś w jego stronę. Amanda szepnęła mi „Te widoki też były niezłe.” I dodała głośno „Masz szczęście, że nie ma tego waszego homosia, bo byś jeszcze bardziej kusił!”. „Nie Homoś, pedant… To różnica. Tłumaczyłem ci…” odezwał się Barty. „Rozumiem dziewczynę, która by tak dbała, ale nie faceta” powiedziała Amanda i wszyscy zaczęli się przekomarzać. Nawet nie zauważyłam jak Nathan zniknął w łazience i pojawił się w ubraniu zwykłym naruszającym regulamin szkolny, a dokładnie w czarną bokserkę i jeansy. Przysiadł się koło mnie, po czym pochylił się nad mną. Był tak blisko. Jego wargi musnęły moje i czemu ja to odwzajemniłam? Może jego klata miała jakieś działanie odurzające. Odsunął się i ukazał rządek ząbeczków.
- Moje voodu się udało! Pocałowałem Eleanore Fray! –powiedział, po czym zaczął biegać w kółko po pokoju. Barty zaczął mu się bacznie przyglądać jakby coś miało się zaraz wydarzyć.  Nagle chłopak potknął się o własnego kapcia i wylądował na ziemi tuż przed Bartym. –Mówiłem ci już, że masz świetne oczyska? I że jako kumpel powinieneś mnie uprzedzić, że tam był kapeć? Jakby któraś dziewoja pytała to jestem cały! Nadal sprawny! Chyba…
 Przewróciłam oczami w końcu to był O’Collmelan. Spojrzałam na Craucha, który powiedział, że jutro w bibliotece możemy się spotkać po lekcjach, aby zobaczyć jego surową wersję pierwszej części wypracowania. Przytaknęłam. Teraz nic mnie tu nie trzymało, więc wstałam z łóżka i ruszyłam do drzwi wyjściowych. Chwyciłam za klamkę, kiedy Nathaniel odciągnął mnie od niej. Chwycił za obie dłonie i zrobił minę srającego kota na pustyni. Wyrwałam się odeszłam… 
Huncwoci
Syriusz nie miał zamiaru współpracować z tą zołzą. Dorcas siedziała naprzeciwko niego przy stole w pokoju wspólnym. Nadawała o tym jak to musiała sama szukać indorami na temat zadany przez pana Bingsa. On tylko przewracał oczami dokładnie teraz wolałby siedzieć gdzieś na kremowym albo po prostu w pokoju, ale wprowadzenie tam jego byłej było złym posunięciem. Więc przytakiwał jej na wszystko puszczając to mimo uszu. W końcu brunetka nie wytrzymała i z całej siły uderzyła pięścią w stół. Większość osób spojrzało w ich stronę.
 - Dorcas ja też wolałbym teraz siedzieć zupełnie gdzie indziej a po za tym złość piękności szkodzi. –powiedział i uśmiechnął się do niej sztucznie. –Mógłbym właśnie teraz z przyjemnością się upijać albo spędzać czas z moją dziewczyną. Którą skarbie nie jesteś.
 - O proszę Black nazwał Williams w końcu swą dziewczyną. Święto. –prychnęła. Wstała od stołu zabierając wszystkie notatki i ruszyła w stronę dormitoria dziewcząt. Odwróciła się do niego i spiorunowała piwnymi oczyma łapę, który położył obie dłonie na miejscu gdzie znajduje się serce, po czym zaczął udawać, że pada na ziemię przez jej pioruny. –Black mam nadzieje, że jutro przyniesiesz te durne informacje na temat tego wojny Anglików z Francuzami. I to ta wcześniejsza z dziewczyną, która została rycerzem, a potem potraktowali ją jak wiedźmę. Rozumiemy się? Inaczej cię osobiście zamorduje we śnie. I to nie jest żart Black…
 Chłopak wstał z ziemi i wzruszył ramionami. Coś tam uzbiera i jej podrzuci, a raczej to Remus mu coś uzbiera. Przecież na pewno pomoże przyjacielowi. Ruszył, więc spokojnym krokiem w stronę swojego dormitorium. Wpadł do pokoju i ujrzał tam uczącego się Remusa z Bellą, Petera i Amy ale najwyraźniej Jamesa gdzieś wywiało. Bella była niska jak taki dzieciaczek. Miała kasztanowe loki i kobaltowe oczy, oraz pyzatą, piegowatą buzię. Nie była gruba czy też szczupła, mieściła się po środku. Razem z Remkiem siedzieli na ziemi i o czymś zaciekle rozmawiali za to Amy i Peter siedzieli na łóżkach naprzeciw siebie. Amy wymachiwała rękami za to Peter przytakiwał i dodawał coś od siebie, po czym blondynka to zapisywała w notesie. Odchrząknął, ale nikt nie spojrzał nawet w jego stronę jakby go w ogóle nie było. Wpadł na pomysł i podbiegł do blondyneczki najciszej jak to było możliwe by zajść ją od tyłu. Wpakował się kolanami na łóżko, które prawdopodobnie należało do niego. Pochylił się do przodu, po czym zaczął łaskotać dziewczynę. Remus zmarszczył brwi. Nie mógł się skupić i Bella najwyraźniej też. Nagle przez drzwi wpadła Ell oraz James z Lily. Bella poczuła się przytłoczona i dosyć zbędna w tym tłumie. Zaproponowała Lunatykowi bibliotekę jednakże ten odmówił. Jego wzrok pozostał na Ell, która odrzuciła włosy tak żeby opadły jej na plecy. Przez jego umysł przebiegły wspomnienia tamtej nocy. Jej słodkie usta, które całował. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się delikatnie. Podeszła do niego, a zielone oczy znalazły jego. Objęła go i przytuliła się tak bez żadnych podtekstów. Po prostu chciała się do kogoś przytulić chodź Nathan na pewno chciałby być teraz na miejscu Remusa. Słyszała jak bije jego serce teraz szybciej niż zazwyczaj.
 - Nie chciałbym ci psuć chwili Ell. –Syriusz zdecydował, że zaryzykuje. Brunetka odwróciła się do niego z uśmiechem na ustać. –Mogłabyś pobawić się w panią psycholog i jakoś pogodzić moje i Dorcas stosunki na tyle abyśmy normalnie zrobili tą pracę?  Proszę cię Ell, ponieważ ty masz coś takiego w sobie, że na pewno mi pomożesz… Chyba, że się mylę Ell?
 -Nie wiem czy tu coś w ogóle da się naprawić Syriuszu. –powiedziała i położyła mu rękę na ramieniu. –Pocieszę cię jednak, że to jej przejdzie, ponieważ jest dziewczyną, a nie maszyną do zabijania o pamięci słonia i może to do niej dotrze, że teraz jest wolna i może podobnie jak ty umawiać się, z kim tylko zechce… Rozstania bolą, ale też i w końcu przestają. To jak nadzianie się na klocka lego w przypadku osoby, która w niego wdepnie boli i to ta porządnie, ale później przestaje. Ale mam dla ciebie jedną radę, która ci się przyda. Słuchaj, bo jeśli nie będziesz słuchał to wyjdzie na to, że jesteś egoistom. Ona tak twierdzi, a ty to potwierdzasz. Jeśli jednak tak bardzo ci na tym zależy to z nią pogadam jak dziewczyna z dziewczyną jednakże nie jestem psychologiem i nic więcej na to nie poradzę. Rozumiemy się Black?