czwartek, 2 lipca 2015

Rozdział XX

Huncwoci
Następnego dnia przed śniadaniem huncwoci, Nathaniel, Barty, którego ojciec sam oczyścił z zarzutów, a nawet i dziewczyny stali w gabinecie dyrektora. Dyrektor krążył po swoim gabinecie nie spuszczając wzroku z chłopców. Nauczycielka, która obserwowała to wszystko w milczeniu miała nadzieje, że im się w końcu nie upiecze. Łapa podszedł do szklanej misy pełnej landrynek i karmelków, lecz kiedy zauważył wzrok McGonagall odpuścił sobie i wrócił na swoje miejsce. Dziewczyny stały obok siebie. Amanda nie czuła się niczemu winna, dlatego też dyrektor od razu puścił ją wolno podobnie jak Barty’iego, który nic z tą sprawą nie miał. Po prostu został w nią wciągnięty przez czysty przypadek podobnie jak Amanda, która była tylko jego dziewczyną. W końcu starszy człowiek usiadł w swym fotelu, sięgnął po landrynkę i się odezwał.
 -Kto był na tle mądry by się sprzeciwić moim słowom i pójść na ratunek pannie Fray? –spytał, a Remus i cała jego gromada unieśli dłonie. Chłopak odwrócił się by spojrzeć na chłopaków. Przecież to był jego pomysł, a nie ich. –Dobrze… Tyle zasad złamaliście, że gdyby wasza inicjatywa nie miała żadnego większego celu to już kazałbym się wam pakować. Ale uratowaliście pannę Fray. Jestem z was dumny chłopaki! Po za tym jeszcze uratowaliście pana O’Collmelana! Minerwo proszę cię nie patrz tak na mnie… Wiem, że powinienem wyciągnąć konsekwencje. Tak, więc na głowę odbieram wam po… 70 punktów! Co za tym idzie razem… 280 no, ale też wam daję 100 punktów od głowy, więc wychodzicie na plus. Po za tym obawiam się, że panna Fray wcale nie jest taka bezpieczna nawet tutaj. Skoro śmierciożercy dostali się na teren naszej szkoły. Remusie od dziś będziesz jej ochroniarzem. Po za tym chłopcy macie przez dwa tygodnie szlaban u McGonagall. A teraz idźcie na śniadanie. Zaraz dołączymy z panną Fray i panem O’Collmelanem. Tak, więc… Wy zostaliście uratowani przez tamtą czwórkę…
 -Polemizowałbym. –burknął Nathaniel i założył ręce na piersiach. Chłopcy chodź mieli już wychodzić stanęli w drzwiach nasłuchując jak potoczy się los, ślizgona i jego niewyparzonej gąbki.  –Czemu niby oni mają zlizywać śmietankę? I to jeszcze za to, że uciekli ze szkoły?! Przecież złamali do tego jeszcze prawo! Tak być nie może! Proszę pani! Niech pani coś powie!
 -Nie unoś się O’Collmelan. W końcu nie jesteśmy kolegami. –dyrektor spiorunował go wzrokiem, przez co Nathaniel oblał się czerwienią ze złości. –Wasza oryginalna historia jest piękna i wzruszająca jednakże musimy ją troszkę pozmieniać… Tylko troszeczkę. Będzie o tym, że was porwano. Zamknięto, a ci czekali aż ktoś po was przyleci i was zabierze. Czyż to nie jest o wiele prostsze niż tłumaczenie tego, dlaczego Tom chciał abyście się wzięli ślub. Może cierpi na brak imprez? Z resztą nie ważne… Chcecie karmelka? Panie Black widziałem, że pan chciał jednego. Po za tym panno Fray po lekcjach prosiłbym abyś przyszła do mojego gabinetu. Remusie przyprowadź ją, a teraz żegnam was wszystkich! Dwa razy się nie będę powtarzać. Sio! Widzimy się przecież na śniadaniu.
 Wszyscy zaczęli się pchać na schody tak jakby nie mogli po prostu zejść po kolei. Lunatyk spojrzał na Ellie i zaproponował jej, że weźmie ją na barana jednakże ta odmówiła mówiąc, że nie może poczekać aż gromada zejdzie. Rogacz próbował zjechać po poręczy jednakże w jego wyobrażeniach wygadało to o wiele lepiej niż w rzeczywistości. Spojrzał na kumpla, który przeskakiwał, co dwa schodki lub więcej by jak najszybciej z nich zbiec i ustanowić nowy rekord, który o dziwo ustanowił ojciec Jamesa. Jego ciemne włosy, które falami opadały już za łopatki powiewały jak u supermana. Ogólnie był on takim supermanem. Ratował kobiety w opresji przed złymi ślizgonami a one później najczęściej padały mu do stup. Nagle się zatrzymał sprawiając, że James nie wyhamował i wpadł na przyjaciela, przez co razem przekoziołkowali aż do wyjścia. Chłopak wstał i od razu poprawił swoje okulary, które prawie spadły mu z nosa. Spiorunował Łapę tak, że teraz myślał tylko o tym by odnaleźć golarkę i przejechać mu ją przez środek jego głowy. Syriusz wstał i otrzepał się, po czym rzucił przepraszający wzrok chłopakowi. Miał świetny pomysł i nie dotyczył on psikusów albo znęcania się nad Severusem chodź nad tym drugim też myślał.
 -Urządźmy imprezę! –zawołał. Remus, który był światkiem całego zdarzenia potrząsnął tylko z niedowierzania głową. –No wiecie w końcu jesteśmy bohaterami. Urządźmy imprezę w pokoju życzeń! Ale ty O’Collmelan nie jesteś zaproszony. Chyba, że jakaś cię gryfonka wprowadzi…
 -Nie twierdzę, aby to był dobry pomysł. –odezwała się, Ellie która wyminęła ich i poszła na śniadanie wraz z Remusem, który dostał rozkaz i Nathanielem, który nie miał zamiaru użerać się z „bandą idiotów” jak sam mówił. Ciemnio włosa odwróciła się do Lunatyka, który szedł tuż obok niej, a jednak nawet nie chwycił ją za dłoń. –A więc mój facecie w czerni jak to jest dostać fuchę ochroniarza?
 Nathaniel przygryzł wargę na sformułowaniu Ellie w stronę Remusa „Mój facecie”. Można powiedzieć, że miał ślepą nadzieje, która właśnie w tym momencie pękła jak bańka mydlana przebita palcem małego dzieciaczka. Ruszył prędzej zostawiając blondyna i dziewczynę, której spojrzenie się nagle zmieniało, kiedy mówiła do Remusa. Widział to Lunatyk, ale nie zatrzymywał chłopaka by coś mu powiedzieć, bo co miał mu powiedzieć? Więc tylko wzruszył ramionami na pytanie dziewczyny i odwrócił się by spojrzeć gdzie są jego kumple. Ci podbiegli do nich. Syriusz wziął dziewczynę pod ramię, a James pod drugie. Spojrzeli na kumpla dodając „To nie fair, że my nie dostaliśmy tej pracy. Przy nas nie zginiesz… Chyba” ostanie słowa dodał James i wybuchł gromkim śmiechem.

  Dyrektor wszystko opowiedział przy śniadaniu, więc Łapa nie miał nawet wytchnienia by chodź zjeść, ponieważ grupka dziewcząt czczących Blacka otoczyła go i sprzeczała się, która go nakarmi. Chłopak niezręcznie podrapał się po karku. Niby uwielbiał towarzystwo dziewcząt, ale tego było aż za nad to. Połowa dziewcząt z Hogwatu otoczyła go jakby był drugim Jezusem i właśnie przemieniałby wodę w wino, z czego by się niezmiernie cieszył gdyby posiadał takie zdolności. Dorcas, z którą zerwał podczas misji ratunkowej siedziała kawałek dalej zajadając się grzanką, lecz nie tak normalnie, każdy kęs urywała tak jakby to nie był chleb z serem, a głowa Blacka. Chłopak zauważył to i już nie wiedział, co jest gorsze bycie otoczonym przez grono fanek czy przesiadywanie w towarzystwie Dorcas, która była chorobliwie o niego zazdrosna. Swymi czekoladowymi oczyma spojrzał na Ellie, która przeprowadzała zaciętą rozmowę z Remusem. Dziewczyna uniosła brew, a ten oczami wskazał na tabun i zrobił minę szczeniaczka. Miała tylko je przegonić.
 - Kupię ci czekoladę –powiedział i złożył dłonie jak do modlitwy. Nie potrafił już znieść tego trajkotania o tym, jaki to jest seksowny, jakie to jego oczy są piękne, a jakie włosy, a jakie to i tamto wiele innych. I chodź gdyby to była mała grupka dziewczyn to by go usatysfakcjonowało tak teraz po prostu nie mógł znieść. –Nawet i całą ciężarówkę. Proszę. Błagam.
 Dziewczyna przewróciła oczami i spojrzała na stół krukonów, który teraz świecił pustkami, ponieważ większość otaczała Blacka i Pottera chodź najwyraźniej Potterowi te towarzystwo nie przeszkadzało. W śród dziewcząt, które pozostały na miejscach i zajadały się śniadaniem, dziewczyna dojrzała przyjaciółkę. Gestem dłoni przywołała ją do siebie. Brunet spojrzał na blondynkę, która zmarszczyła brwi po usłyszeniu planu od swojej BFF. Wzięła głęboki wdech, odruchowo poprawiła krawat, wyprostowała się i podeszła do Blacka siadając tuż obok niego. Wzbudziło to nie małe zamieszanie wśród dziewcząt i parę z nich nagle straciło zainteresowanie Syriuszem, który w głębi duszy dziękował Bogu. Otoczył Avalone ramieniem, a ta nerwowo poprawiła grzywkę i spojrzała w jego oczy. Oczy pełne tego, co sprawiało, że wszystkie dziewczyny padały jak muchy. Chłopak był gotowy posunąć się nawet do ostateczności żeby tylko przegonić natrętne dziewczęta i delikatnie chwycił za podbródek blondynki. Dziewczyna jakby sparaliżowana. Według scenariusza El miała tylko koło niego siąść. Łapa pocałował dziewczynę tak jak do nie dawna całował Dorcas, zaborczo, a jednak zmysłowo. Jego pełne czerwone usta smakowały czekoladą, którą przed chwilą, co zjadł.
 -Ekhem… -Ellie odchrząknęła, a Syriusz spojrzał na brunetkę, która nożem z nałożonym masłem wskazała, na Avalone, której policzki były tak czerwone jak nigdy w jej dosyć krótkim życiu. –Właśnie dzięki tobie Black, moja przyjaciółka nagle magicznie stanie się twoją dziewczyną w oczach połowy uczennic. Miałeś ją tylko objąć, ale pan Black jak zwykle czarujący musiał pokazać wszystkim, że potrafi się całować nawet z kujonką. Amy żyjesz?
 -Nie. –prawie, że pisnęła i schowała twarz w dłoniach. Musiała odreagować całą tą sytuację, która przed chwilą się wydarzyła. Właśnie pocałował ją Black, który jest teraz rozchwytywany przez każdą dziewczynę. Odwróciła się i natrafiła na wzrok Dorcas, który mówił to, czego można było się spodziewać po dziewczynie, która właśnie zaobserwowała jak jej były dopiero, co chłopak obściskuje się z inną. Chciała się odezwać coś jej powiedzieć jednakże głos Blacka sprawił, że po raz kolejny prawie, że zamknęła się w sobie. –Ona mnie zabije, a bo gorsza mój były też cię zabije. I będziemy oboje trupami…, W co ja się wpakowałam… Powiesz mi?
 -Jeśli mogę się wtrącić chodź zapewne nie mogę… -zaczął ku zdziwieniu wszystkich Glizdek. W jednej dłoni trzymał widelec z nabitą na szpikulce sałatą lodową, a drugą zaczął gestykulować –Ty Amy. Właśnie zostałaś przez przypadek wpakowana w związek z Syriuszem. No i masz Dorcas na głowie, którą możesz stracić przez nią. I aby wyjść z tej sytuacji albo na obiedzie będziesz siedziała sama albo jednak stwierdzisz, że nadal będziesz mu odstraszać panny nachalne i usiądziesz z nami, przez co plotki o tym, że jesteś z łapą niby się potwierdzą chodź nadal będą kłamstwem.
-Ej! –oburzył się James, który dostał sałatą Glizdogona w koszulę. Dzięki Bogu nie była ta sałata namoczona ani w sosie ani w majonezie, dzięki czemu Peterowi udało się uniknąć srogiej kary od Jamesa. Rogaś właśnie próbował flirtować z rudą. –Ja chyba nie w temacie jestem. Coś mnie ominęło? Wybacz mi ma rudowłosa biało głowo, ale muszę chyba się dowiedzieć, co się dzieje. A więc?
 -Widzisz tu tą dziewczynę? –sptał Remus, który wiedział, że z Jamesem trzeba jak z dzieckiem. Wszystko po kolei. Potter przytaknął mierząc dziewczynę swymi orzechowymi oczami. –Otóż jej celem było odstraszenie gromady panien. Więc się przysiadła, a Łapa jak to on wczuł się za bardzo w rolę udawanego chłopaka, że przeszedł bez owijania w bawełnę do działania i na oczach wszystkich babek oraz Dorcas zaczął ją całować.
 -Ej! Myślicie, że tak się da zrobić z Lily? –wyszczerzył się a dziewczyna, która wszystko to słyszała dała mu kuksańca na tyle mocno, że chłopak odwrócił się by ją spiorunować wzrokiem. Tyle, że to była, Lily i na nią nawet nie potrafił się długo złościć.

Pierwszą lekcją, na którą musieli przyjść były eliksiry. Profesor spojrzał na chłopaków i od razu ich porozdzielał. Syriusz usiadł koło, Avalone która prawie się zapadła pod ziemię. Ploteczki za szybko się roznosiły. Zdecydowanie za szybko. Rogaś musiał siąść, koło Dorcas, która co chwila odwracała się by spiorunować blondynkę wzrokiem było to miejsce najwyżej położone i najbliżej ściany, więc brunetka miała idealny widok na siedzącą dwa miejsca niżej i jedno w prawo dalej parę. Potter zdecydowanie wolał towarzystwo rudej, która siedziała koło inteligentnej Amandy po prawej i mało inteligentnego Petera po lewej. Lunatyk za to siedział w towarzystwie jakiegoś krukona i El, która spoglądała na odczynniki potrzebne do przygotowania eliksiru. Klasa była spora, ale ciemna i jedynym oświetleniem były pochodnie dające dosyć zielone światło profesor nigdy nie lubił tej klasy, ale poprzednia była akurat w remoncie, ponieważ z sufitu ściekała woda. Slughorn przez pierwszy kwadrans lekcji próbował tłumaczyć, iż eliksir wieloskokowy jest trudny do wyważenia i powinni wszyscy się na tym skupić. James od razu chwycił za książkę, aby tylko nie wdać się w niepotrzebną konwersację z byłą Syriusza. Chciał już wlać wodę, kiedy brunetka się odezwała.
 -Może nie jestem najlepsza w eliksirach, ale wpierw chyba powinieneś rozpalić ogień pod kociołkiem –powiedziała tym swoim słodkim, delikatnym głosem. I za pomocy zaklęcia rozpaliła ogień pod swoim kociołkiem i pod jego kociołkiem uśmiechając się zalotnie. –Teraz możesz wlać wodę. Zabawne jest jednak to, że po tym jak wrzucisz te muszki przez prawie miesiąc będziemy gotować jeden wywar i tylko, co dziennie będziemy musieli go mieszać.
 - Przez 21 dni. –Rogacz zarzucił swoimi włosami odruchowo i wskazał w książce właśnie to, co przed sekundą powiedział. Podniósł wzrok na klasę. Połowa uczniów już wyszła, ponieważ wykonała zadanie. Spojrzał na swoją wodę, która tak pomału się gotowała chodź płomienie otaczały spód kociołka. Syriusz już też skończył podobnie jak Avalone i trzymając się za ręce wyszli z klasy.
 -Ciekawe jak długo są ze sobą –prychnęła Dorcas i dorzuciła muchy do wywaru, po czym zamieszała go i wstała, ale nie miała zamiaru jeszcze wyjść. Rogaś przeczuwał, że z tego nie może być nic dobrego. –Jesteś jego kumplem, więc zapewne wiesz. Więc… Powiesz mi?
 - Nie. –odezwał się chłodna i chodź woda jeszcze nie wrzała to wrzucił muchy siatkoskrzydłe, zamieszał tylko raz i przeskakując przez ławkę uciekł przed brunetką, która założyła ręce na piersiach. Prychnęła urażona, ale to nie była tego sprawa a tylko i wyłącznie jego kumpla.

Wszyscy po obiedzie siedzieli w pokoju wspólnym. Syriusz na fotelu konwersował z Rogasiem, który rozłożył się na całą kanapę chodź widział, że wiele osób chętnie by usiadło. Peter zajadał się pączkiem i ku zdziwieniu wszystkich coś czytał w kącie. Remus za to próbował nauczyć się tańczyć i to nie tak jak zazwyczaj bywało, że tylko położył dłonie na biodrach partnerki a od czasu do czasu dawał jej zrobić piruet. Jego nauczycielką okazała się być o rok młodsza szatynka, która prawie wyrywała sobie włosy, kiedy ten popełniał tak oczywisty przynajmniej dla niej błąd. Ellie śmiałą się pod nosem spoglądając na zmagania chłopaka. Lunatyk stresował się nawet tym, że próbuje swych sił tanecznych w pokoju wspólnym a co dopiero będzie na imprezie, która według chłopaków spokojnie przebije bal, który wypadł w ich skali cieniutko chodź sam chłopak tego dnia nie wspomina tak źle. Przypominając sobie tą chwilę, kiedy byli sami oblał się mimowolnie rumieńcem. Spojrzał w stronę ciemnowłosej i po raz kolejny przydepnął but młodej instruktorce. Dziewczyna spiorunowała go wzrokiem a jej miętowe oczy spojrzały na Eleonore, która obawiała się, że już wie, co dziewczyna ma na myśli. Potrząsnęła przecząco głową, ale i tak została podniesiona z miejsca pod ścianą. Dziewczyna przygryzła delikatnie dolną wargę i stanęła naprzeciw Remusa. Niektórzy spojrzeli w ich stronę, a wśród ciekawskich wzroków można było znaleźć również chłopaków, którzy suszyli swoje białe ząbki. Viola, bo tak miała na imię szatynka zacisnęła dłoń w pięść. Była gotowa go nauczyć tańczyć za wszelką cenę nawet, jeśli w śród poległych będzie El, a sama jednak przegra tą walkę. To, co mówiła to dwójka grzecznie wykonywała. Dziewczyna machnęła różdżką na gramofon, z którego zaczęła rozbrzmiewać piosenka Twist and Shout, co wywołało niemałe poruszenie, ponieważ zazwyczaj jedynym dźwiękiem, jaki można było usłyszeć w pokoju wspólnym były wspólne rozmowy, śmiech, szuranie butów i palące się drewno w kominku.
 -O to będzie dobre! Remus tańczy! –zaśmiał się James i został spiorunowany przez swojego kumpla, który mało żwawo powtarzał ruchy, które pokazywała mu szatynka. –Och, bo zaraz pójdę po ognistą. Ruszaj te swoje cztery litery! W ręczniku poruszasz się zgrabniej!
 - Rogasiu –bąknął Remus. Właśnie przed chwilą brunet powiedział na cały pokój wspólny to, że lepiej porusza się w samym ręczniku niż teraz, co go kompletnie speszyło. –Oj, chyba nie muszę wspominać o twoich wyczynach i twej udawanej gitarze oraz o punkcie kulminacyjnym, kiedy się tak wczuwasz, że nagle gubisz ten łososiowy ręczniczek.
 -Skup się! –wrzasnęła Viola i przywaliła mu w plecy gazetą. Miała typowo francuski akcent oraz ku zdziwieniu latynoski wygląd. –Wyprostuj się! Raz , dwa ,trzy ,cztery. To ty masz ją prowadzić, a nie ona ciebie. O! Proszę! W końcu coś ci wychodzi. Chyba będę dumna z mego ucznia. Nauczyłam go tańczyć. Chyba, że nie potrzebowałeś dobrej instruktorki, a odpowiedniej partnerki do tańca? Czy się nie mylę? Ojej! Nie mylę się! Widzę twardzielu te rumieńce! Viola widzi wszystko!
 -Brzmi to, co najmniej jak Gatka babki od wróżbiarstwa –prychnął Black i przeczesał ręką swoje idealne włosy tak, aby były jeszcze bardziej idealne. –I to tej nowej… Otwórzcie umysły, wytężcie wewnętrzne oko, a zobaczcie przyszłość! Chodź stara miała podobnie… Jeśli tylko się skupicie ujrzycie to co ja widzę patrząc w kule. Przyszłość. Przeszłość. Teraźniejszość.
 -Ja tam widziałem zawsze chmury –wzruszył ramionami Potter i poprawił swoje okulary przy okazji puszczając oczko rudowłosej, która tłumaczyła coś młodszemu rocznikowi. –Nie wiedząc, dlaczego ale prawie oblałem z tego przedmiotu. No, ale ja naprawdę widziałem chmurkę. Nawet w fusach od herbaty widziałem chmurki. Co tam, że deszczowe. Ale ważne, że chmurki.
Ellie
Spokojnym krokiem ruszyłam do gabinetu dyrektora. Miałam się pojawić po lekcjach, ale w końcu ostatnią lekcję odwołali. Korytarze jak zwykle o tej porze powinny być pełne, ale nie widać było żywej duszy. Zatrzymałam się by spojrzeć przez okno. Zaczął padać śnieg. Młodsze dzieciaki wystawiały języki by małe płateczki śniegu opadły na nie. Starsi za to po prostu siedzieli na błoniach i rozmawiali albo ekscytowali się pogodą. Szłam dalej aż do przejścia gdzie trzeba było powiedzieć hasło, aby uruchomiły się schody. Pamiętałam je, ponieważ jeszcze parę godzin temu profesor McGonagall wypowiadała je na głos. Wpadłam do gabinetu, ale nie zastałam dyrektora. Zaczęłam się rozglądać po gabinecie. Był duży, lecz szafki, regały i inne rzeczy sprawiały, że pokój się kurczył. Nie wiem, dlaczego ale zawsze ciekawiło mnie gdzie śpią nauczyciele. Bo raczej nie możliwym było by nie spali. Spojrzałam na durzy stos grubych zakurzonych ksiąg i stojąc na palcach sięgnęłam po pierwszą. Księga ta była o smokach, lecz nie po Angielsku. Zmarszczyłam brwi i spróbowałam chodź rozszyfrować język, którym zapisane były stare kartki pergaminu.
 - To łacina –usłyszałam serdeczny śmiech dyrektora. –Nie męcz się z nią. Chodź powiem ci panno Fray, że książka o wiele ciekawsza od jej nowszego odpowiednika. Wiecznie okryta tajemnicą i bardzo często prawdą, którą ocenzurowało ministerstwo. Twoja matka czytała po łacinie.
 -Czytała? –uniosłam brew i zamknęłam książkę, a jedna kartka wypadła i znalazła się koło moich butów. Odłożyłam księgę i sięgnęłam po kartkę. Była zapisana drobnym druczkiem. Mogłam się spokojnie doczytać, ponieważ było to bardzo czytelne pismo. Nie były to notatki a rozmowy typowe dla dziewczyn. –Można się spytać, kogo ta karteczka?
 -Z pewnością nie moja Ellie. –znów było słychać ten jego śmiech, lecz teraz zauważyłam, dlaczego się śmiał i sama parsknęłam. Była to typowa rozmowa dwóch dziewcząt o tym to, jaki kto jest umięśniony, jaki to, kto ma ładne oczy. Chodź widać było, że jedna z dziewczyn brnęła przy swoim mówiąc, że „Felix jest bardzo przystojny”. Spojrzałam na dyrektora. –Tak, to karteczka twojej matki. Używała często ich, jako zakładek, bo miała w zwyczaju czytać dużo za jednym razem i nie miała, czym zaznaczać miejsca gdzie skończyła.
 -Ma pan tego więcej? –spytałam z podekscytowaniem. Tak mało wiedziałam o mojej mamie, że aż mi było wstyd, a każda taka karteczka była na wagę złota. Mogłam wtedy zobaczyć, jaka była, kiedy miała tyle samo lat, co ja. Dyrektor podszedł do swojego biurka i wyciągnął paczuszkę. Mogłam się domyśleć, że to, co znajduje się w środku nie było zakładkami, a liścikami skonfiskowanymi przez nauczycieli. Wzięłam paczkę od dyrektora. –Co dyrektor chciał mi pokazać?
 -Coś, co obiecałem Jodelle Clarke, kiedy uczęszczała jeszcze do szkoły. –powiedział a w jego głosie było słuchać nutkę tajemniczości. –Pewnie mama za dużo o sobie nie opowiadała. W końcu była delikatną puchonką dobrą i bardzo mądrą. Jodelle pewnego dnia oddała mi parę wspomnień, kiedy dowiedziała się o swojej chorobie. A czemu mówiłem, że kiedy jeszcze chodziła do szkoły? Bo lubiła fantazjować, a przynajmniej tak ja twierdziłem. Obiecałem zatrzymać jej wspomnienia, aby później pokazać je swoim dzieciom. Cóż liczba mnoga się nie sprawdziła, ale jesteś ty. Ellie proszę podejdź do myśloodsiewni. Chyba wiesz jak się z niej korzysta?
 Przytaknęłam głową. Ciekawiło mnie niezmiernie, co takiego mama kazała zachować abym mogła zobaczyć to w swoim czasie. Podeszłam do miejsca, które wyglądało, co najmniej jak średniowieczna umywalka ze spodkiem, w którym była bardzo ciekawa substancja, dzięki której trafię do jej wspomnień. Dyrektor otworzył probówkę, z której wlał wspomnienie mojej mamy. Wzięłam głęboki oddech. W końcu nie miałam pojęcia, co zobaczę po drugiej stronie. Wsadziłam twarz w płynną substancję, która sprawiła, że czułam się jakbym spadała w dół i w dół.

Młoda dziewczyna o blond włosach zaczesanych w koński ogon wędrowała brzegiem jeziora wraz z przyjacielem. Śmiali się i dokuczali sobie nawzajem. Dziewczyna uczęszczała do domu borsuka, co można było zauważyć po żółto czarnym krawacie, a jej towarzysz uczęszczał do domu kruka. Miła i inteligentny. Można było pomyśleć na pierwszy rzut oka, że są razem, ale to ona traktowała go jak starszego brata, a on ją jak przyjaciółkę chodź wiedział, że nie do końca. Był to słoneczny początek roku szkolnego. Większość uczniów wędrowało w białych koszulach z krótkim rękawem i krótkich spodenkach lub spódniczkach. Dziewczyna gestykulowała coś bardzo mocno nawet nie zauważając, kiedy jej przyjaciel otoczył ją ramieniem. Spojrzała na niego swoimi hebanowymi oczami.
 -Przyjaciele –powiedziała i ściągnęła jego dłoń ze swojego biodra. Chłopak speszony odwrócił wzrok.  –Przecież masz swoją Loren, a my jesteśmy jak rodzeństwo. Przecież sam to powiedziałeś Thomas. Mogę ci to przypomnieć, ponieważ mam te wspomnienie i to w pewnym flakoniku, więc nie ma przeszkody do tego abyś zobaczył je…
 -To wina Felixa? –burknął. Dziewczyna przewróciła oczami. Tyle razy już się kłócili, kiedy ich rozmowa spadła na temat tego chłopaka z domu węża. –Kochasz go? Co za głupie pytanie… Maltretujesz mnie nim odkąd zaczął ci się podobać. Felix taki, Felix taki, a to i tamto. Do tego jeszcze musiałem cię pocieszać po tym jak twoje serce się krajało, kiedy okazało się, że jest zajęty przez dziewczynę z wyższych sfer, ale czego się spodziewałaś po elicie?
 Nadeszła cisza, którą żaden z nich nie ośmielił się przerwać. Szli, więc w ciszy brzegiem jeziora aż doszli do drzewa, pod którym siedział on. Miał długie ciemne włosy, lecz niezapuszczone i tłuste, a umyte i rozczesane, gęste takie, o jakich marzy nie jedna dziewczyna. Do tego te oczy, zielone chodź czasami przechodziły w barwę pistacji. Thomas przewrócił oczami widząc jak blondynka mimowolnie otwiera usta na jego widok. Dziewczyna przyglądała mu się sekundkę jednakże stwierdziła, że to bezsensu i ruszyła przed siebie mając jedynie nadzieje, że nie zauważył jej. Poczuła dłoń na swoim ramieniu i odruchowo chciała ją zrzucić myśląc, że to jej przyjaciel jednakże to nie była ta sama dłoń, za którą trzymała, kiedy było jej ciężko. Odwróciła się i pobladła na twarzy. Chłopak był spokojnie o głowę wyższy tak, że blondyna musiała unieść głowę by zobaczyć pistacjowe oczy.
 - Witam dobra duszyczko. –uśmiechnął się ukazując białe zęby. Dziewczyna pomału zaczęła się cofać. Po raz pierwszy się do niej odezwał i to jeszcze tak jak zwracają się do niej nauczyciele, duchy i ogólnie większość dorosłych znajdujących się, w Hogwarcie. Blondynka opuściła wzrok na swoje czarne półbuty, które niedawno czyściła pastą do butów by nabrały połysku. Stały się nagle zaskakująco ciekawe. –Dobra duszyczko? O oczach jak demon? Spójrz na mnie. Masz takie wyjątkowe oczy, tak ciemne, tak tajemnicze. Jodelle?
 - Ej Felix! Daj spokój i tak jej nie wyrwiesz! Galeon dla mnie! –słychać było głos jednego z jego koleżków. Oczy dziewczyny się zaszkliły. Uniosła je by spojrzeć w te pistacjowe oczy, które nagle nie miały dla niej większego znaczenia. Zagryzła wargi tak, że powstała tylko cienka linia układająca się w grymas. Nienawidziła przemocy, a także jej nie praktykowała, więc tylko odwróciła się napięcie nie okazując łez ściekających po policzkach. Może i była dobrą duszyczką, ale nie słabą, po prostu delikatną. Zaczęła biec do szkoły przy okazji ścierając dłońmi łzy. Wpadła na dziedziniec, który był tak piękny tego dnia. Tyle kwiatów było chodź był to początek września. Usiadła na ławce tuż obok jakiejś dziewczyny. Miała fioletowe włosy, które widząc dziewczynę zmieniły barwę na turkusowy.
 - Jo, czy coś się stało? –spytała, a dziewczyna przytuliła się do niej. Zielonowłosa spojrzała w miejsce skąd nadbiegła blondynka. Za nią biegł ciemnowłosy, który widząc Jodelle przytuloną do dziewczyny podbiegł. –Czego chcesz Fray? Nie muszę czytać w myślach, aby się dowiedzieć, że to pewnie twoja wina, iż moja młodsza siostra płacze. Może i ona nie bije ludzi, ale ja chętnie w jej imieniu powybijam ci parę ząbków i już nie będziesz taki pięknisi. 
 -Daj spokój Petra. Ach no tak przecież nie mogę się zwrócić do ciebie po imieniu. Tak, więc Clark. –zaczął i wtedy zauważył, że dziewczyna spogląda na niego. Stwierdził, że musiał wszystko wytłumaczyć. Od początku do końca. –Tak, więc… Mój kumpel Isaac, którego ty Clark raczej znasz wypalił o galeonie, przez co twoja o wiele ładniejsza siostrunia odebrała to opacznie uważając, iż się założyłem o to, że ją poderwę. No i… Dobra. Nie myliła się. Puchoni mają coś w sobie, że aż za dobrze interpretują sytuacje i bardzo zgrabnie z nich wychodzą. Jednakże to nie zmienia faktu, że bardzo chętnie bym się z nią umówił. Chyba, że się nie zgadza.
 -Nie zgadza się. –burknęła Petra a w jej oczach można było przysiąc, że zobaczyło się płomyczki zamiast źrenic. Blondynka zmarszczyła brwi. Nie przepadała, kiedy siostra za nią odpowiadała, ale wiedziała, że to, co mówi często dzięki temu wyjdzie jej to na dobre. Tym razem jednak nie potrafiła się posłuchać siostry. Wstała z ławki, odruchowo przetarła jeszcze raz policzki i spojrzała na chłopaka. Może miała za dobre serduszko, może była naiwna, ale taki już los, kiedy jest się w Hufflepuff a nie tak jak jej siostra w śród dzielnych gryfonów. –Dobra! Skoro tak jest to niech będzie Fray. Siostra się najwyraźniej zgadza na spędzenie czasu z takim dupkiem jak ty. I jeśli coś jej zrobisz albo spadnie jej z głowy chodź włosek to przysięgam, że ci ręce wykręcę. 
 -Petruś… -dziewczyna odezwała się w stronę siostry, której włosy przybierały już odcień purpury. Dziewczyna spojrzała na swoją młodszą siostrę. –Sama mu je wykręcę, jeśli mnie skrzywdzi. Przyrzekam, jako twoja siostra i jako dawna harcerka.  
 - No to ten… -Felix przeczesał palcami włosy. –Jesteśmy umówieni w sobotę na 13? Mam nadzieje, że mnie nie wystawisz dobra duszyczko. I popatrz, demonku że mam już nawet na nasze spotkanie, bo dzięki tobie wygrałem zakład. Isaac jest mi już winny 5 galeonów, więc jeśli będzie tak miły je oddać to te wyjście nie zacznie się i nie zakończy tylko z kremowym piwem w ręku. 
 - Nie piję kremowego piwa. –bąknęła pod nosem. Petra uśmiechnęła się dumna ze swej siostry, ponieważ to ona zaszczepiła w niej niechęć to każdego alkoholu nawet bezalkoholowego piwa. –Ogólnie nie przepadam za alkoholem nawet, jeśli to jedynie upije skrzaty. Kawy też nie piję… Wiem jestem wymagająca, ale jeśli na pewno chcesz się ze mną umówić to nie będzie ci przeszkadzało, że wtedy, kiedy ty będziesz popijał kremowe ja zapijała się będę Earl Grayem. 
 - Nie będzie mi przeszkadzało –powiedział. Przysunął się niebezpiecznie blisko blondynki. Słyszała uderzanie własnego serca. Bum bum… Bum bum… Sekwencja powtarzała się coraz to częściej a w szczególności wtedy, kiedy pochylił się nad jej twarzą. Słuchać było jak Petra głośno odchrząkuje oczekując, że chłopak odejdzie i da im spokój. Wiedział, że z nią się nie wygra. Cmoknął dziewczynę w policzek, bo gdyby zrobił coś innego zapewne teraz leżałby u pielęgniarki. –Mówiłem ci już, że masz zjawiskowo demoniczne, ale piękne oczy?

Spojrzałam na Amy, która z niechęcią naciągnęła kobaltową letnią sukienkę sięgającą do kolan. Burczała coś pod nosem, co nie było najpiękniejszymi słowami. Raczej za takie słownictwo mogłaby dostać szlaban. Uniosła oczy na mnie z błaganiem. Nie miała zamiaru pójść na imprezę, którą organizują chłopcy, ale jako że niby jest „dziewczyną Blacka” to musiała się stawić i do tego nie mogła się ubrać jak zwykle tylko odpicować się jak te wszystkie dziewczyny.
 -Nie pójdę w tej sukience. Nie, jeśli mam siedzieć koło Syriusza. –załamała ręce a w tle było słychać głośne prychnięcie Dorcas, która dowiedziała się już wszystkiego, dlatego też dziewczyna mogła przesiadywać z nami w jednym pokoju. –Nie bez przyczyny nazywany jest kobieciarzem.
 -Powiem ci coś słońce. –odezwała się brunetka a jej głos był przesiąknięty sarkazmem. Nadal za nią nie przepadała. –Jeśli nie jesteście razem, a tylko udajecie to nie powinien, lecz przyznać muszę, że jego rączki czasami wędrują tam gdzie nie powinny. W szczególności, jeśli się upije. Po za tym radzę się z nim nie zakładać ani nie grać w butelkę. To tyle z mojej strony…
 -Dziękuję przyjacielu. –Avalone wzięła od mnie szczotkę i zaczęła przeczesywać jasne włosy. –Bez twoich rad bym zginęła chodź zapewne byś się wtedy cieszyła. Czyż nie?
 -Dorcas… -odezwała się nagle Lily, kiedy dziewczyna chciała rzucić coś, przez co dziewczyny mogłyby się pogryźć, a krew by tryskała strumieniami. –Rozumiem. Nie przepadacie za sobą chodź to pewnie mało powiedziane, że nie przepadacie. Jednakże proszę się zwracać do siebie z szacunkiem, a jak już musicie obrzucać się nawzajem błotem to proszę poza obrębem tego pokoju. Kochana ja cię bardzo lubię, ale czasami chodź spróbuj się powstrzymać!
 Ja jak zwykle byłam typem słuchacza, więc nie wtrącałam się w rozmowy dziewcząt nawet, jeśli dotyczyły one przyjaciółki. Sama miałam wiele spraw na głowie i do poukładania. Do tego te listy i karteczki, które schowane były w mojej szafce koło łóżka. Chciałam się dowiedzieć jak najwięcej o mamie i ogólnie o rodzicach, których straciłam.  Spojrzałam w lusterko, które znajdowało się w małej łazience porównywalnej do tej z średniej, jakości moteli, hoteli bądź do dobrej, jakości schronisk, bo przynajmniej nie biegały tam karaluchy. Miałam na sobie jeansy z dzwonami i niebieską kraciastą koszulę, którą gdzieś wypatrzyłam w mojej szafie. Poczułam mocny ból, promieniujący na tyle, że chwyciłam się umywalki i przymknęłam oczy. Usłyszałam głos, który już nigdy nie zapomnę. Zaczęłam płakać, ale łzy nie ciekły mi ze smutku a bardziej z przerażenia i bólu. Będziesz następna. Powiedział wężowy głos w mojej głowie. Ujrzałam jego twarz. Uśmiechał się parszywie i wymierzał we mnie różdżką. Poczułam ukłucie w klatce piersiowej i straciłam grunt pod nogami. Nagle nad mną pojawiły się dziewczyny, które pomogły mi wstać. Nie mogłam im o tym powiedzieć. Za bardzo by się mną zamartwiały po za tym nie chciałam je wtrącać w moją grę, którą przegrywam.

Wszyscy zaproszeni siedzieli na ziemi, a po środku wielkiego koła znajdowała się butelka po ognistej. Może wszyscy to źle powiedziane… Większość siedziała w kole i przymierzała się do grania w tym wciągnięta ja. Siedziałam koło Amy, która no cóż… Przepadała za tego typu grami. Zasady były proste, nie wykonasz zadania pijesz. Ja chciałam dodać bez rozbieranek, ale skoro była opcja upicia się zamiast paradowania w staniku albo, co gorsza bez niego nawet mi odpowiadała. Syriusz jak to on zakręcił, jako pierwszy i wylosował Amy. Dziewczyna bez zastanowienia brała wyzwanie chodź Dorcas mówiła jej wyraźnie by nie grała z nim w butelkę. Chłopak wyszczerzył się i palcem wskazał na swoje pełne usta. Blondynka bez żadnego sprzeciwu, lecz prawie, że na kolanach przysunęła się do niego. Chwyciła za krawat i pocałowała, ale nie tak jak to dziewczyny mają w zwyczaju, że ledwo muskają wargi chodź pewnie są wyjątki, ale rzadko, która przysysa się do chłopaka jak dementor. Kiedy odsunęła się przetarła ręką usta i wróciła na swoje miejsce. Zakręciła butelką, a ta trafiła na jakiegoś chłopaka z ostatniego rocznika. Dziewczyna zachichotała, przez co zaczęłam się zastanawiać czy aby na pewno nie wypiła czegoś przed przyjściem tutaj. Kazała mu ściągnąć koszule, z czego parę dziewczyn było zadowolone. No i tak mniej więcej to się potoczyło. Było może parę ciekawych momentów, ale raczej nie na tyle by o nich opowiadać. W końcu rogaś zakończył to niechętnie w końcu jego rudowłose musiało pójść, a bez niej stwierdził, że nie gra. Amy wyciągnęła łapę na parkiet, co wzbudziło zazdrość w śród zaproszonych dziewczyn. Dziewczyna, która siedziała przy magnetofonie zmieniając kasety od razu chwyciła za kasetę z wolnym kawałkiem. Podpierając ścianę bujałam się w rytm muzyki. Po chwili przed mną pojawiła się mysia czupryna oraz wyciągnięte wiecznie ciepłe dłonie w moim kierunku. Spojrzałam w miodowe oczy Remusa. Stwierdziłam, że taniec nie zaszkodzi, a z resztą przecież się uczył. Wiele dziewczyn wyciągało chłopaków do tańca i na odwrót, więc parkiet był pełny i wtedy dziewczyna jakby się zorientowała, że to nie bal, a impreza i momentalnie wyciągnęła kasetę alby włożyć inną w o wiele bardziej skocznymi kawałkami. Zaczęłam wyglądać Avalone, lecz nie mogłam jej znaleźć i kogo jeszcze do tego znaleźć nie mogłam? Oczywiście, że Syriusza. W głębi duszy błagałam, aby nie zrobiła nic głupiego. Tyle, że zniknęła z Blackiem, który zapewnie łatwo odnajdzie zamek w jej kobaltowej sukience.
 -Coś cię gryzie? –spytał chłopak, a ja wzruszyłam ramionami. –Jeśli coś cię gryzie to mówi… Przyjdę z packą i zabiję dziada. Pamiętaj z uśmiechem zawsze ci do twarzy.
 -Ej. Lunatyś wiesz gdzie Łapka? Właśnie postawiłem mu kolejkę, a tego dziada nie ma… I co? Mam sam to wszystko wypić? –prychnął. Brunet zrobił maślane oczka. –No chyba, że ty mój kochany kumplu wypijesz ze mną? Ale wiesz gdzie ten dziad?
 - Ja chyba wiem. –powiedziałam. –Chodzi o to, że… Pamiętasz tą dziewczynę, co przyssała się do Syriusza? No to… Ten… Już jej też nie ma. Amy wyparowała z Syriuszem, ale to nie moja sprawa i jeśli chce się z nim spotykać to, to szanuje. W końcu to moja BFF.
 I tak przez resztę nocy na przemian tańczyliśmy, upijaliśmy się, czasami śpiewaliśmy chodź najczęściej był to Potter, który nie znając słów śpiewał „Ta taaaaa” albo „Pa parapa!”. Przez cały wieczór też nie mogłam znaleźć mojej przyjaciółki. Spojrzałam z politowaniem na Remusa, który obiecał mi, że się dowie czy przypadkiem Amy nie znajduje się w sypialni chłopaków. Przecież to była taka ułożona dziewczyna… Chyba zaczęłam mówić jak moja babcia, kiedy ją zobaczyła po raz pierwszy. To taka ułożona, grzeczna dziewuszka. Przymknijmy oczywiście jedno albo dwoje oczu na niektóre jej akcje. Przecież to była Avalone której pomysły przebijały czasami moje. Jej charakter nie można opisać, bo jeśli się napisze szczera to się okaże, że dla wrogów będzie tak miła, że tylko ja będę potrafiła rozróżnić to, co mówi od serca a co mówi przesiąknięte sarkazmem.
 - Komon komon komon bejbi nał!Komon bejb! Tłis end szałt! Tłis end szałt! –słychać było śpiew Jamesa, który wydzierał się na cały głos udając, że ma gitarę w jednej rączce a mikrofon w drugiej. Co nie wiem czy było logiczne, ale czy ja próbuję szukać logiki w Jamesie, który jest nie logiczny? Krzywdził Beatlesów, co było ostatecznym potwierdzeniem tego, że powinien już przestać pić.

Jeśli doszłaś/doszedłeś do końca to gratuluje :) Rozdział posiada prawie 8 stron w Wordzie dlatego też przepraszam za jakiekolwiek błędy ;-; Ponieważ jestem typowym leniem ;-; Czytasz =Komentujesz. A nawet jeśli chcesz to pokarz znajomym którzy może też się interesują tego tupu opowiadankami ale nie pokazuj osobom nadwrażliwym na składnie ,błędy oraz interpunkcje c: To nie jet moja mocna strona. Dziękuję Kasi że to czyta i Sis jak zwykle X'D

czwartek, 25 czerwca 2015

Rozdział XIX

Od Autorki. Tak jak tamto pisałam pół roku tak to 3 dni. Mam nadzieję że tym rozdziałem spłacę swoje pisarskie grzechy. Jeśli się podoba to skomentuj jeśli nie to też skomentuj. Dziękuję też Katarzynie która powiedziała co jest nie tak i to dzięki niej spięłam się w sobie. Mam nadzieje że przynajmniej ten rozdział będzie "Zadowalający", a może nawet i "Powyżej Oczekiwań". Oraz też kochanej Sis która to czyta i nadal twierdzi że jest spoko.

Ellie
  Hebanowe oczy kobiety krążyły po kuchni szukając małej dziewczynki, która może liczyła cztery latka. Okrążyła powoli stół, który znajdował się na środku pomieszczenia i nasłuchiwała. Słychać było słodki śmiech małej Eleanore dobiegający spod stołu. Kobieta schyliła się i zobaczyła swoją córeczkę, która jeszcze nie zauważyła swojej mamy i zatykając buzie małymi rączkami śmiała się. Kobieta wyciągnęła ku niej ręce, a ta uniosła oczka i wtuliła się w różowy bawełniany sweter, który pachniał zawsze bzami. 
 -Kocham cię mamusiu. –powiedziała swoim wysokim jak śpiew słowika głosikiem. –Mamusiu, mamusiu, a czy to prawda, że mnie nie kochasz? Bo byłaś na mnie zła…
 -Słoneczko. –Jodelle podniosła się wraz z córką z podłogi. Mała Ellie oplotła się nóżkami wokół jej tali i rączkami wokół szyi, na której wisiał srebrny, wisorek. –Miałam wtedy zły dzień i skąd ci przyszło do głowy, że cię nie kocham? Toż to głupota, zawsze będę cię kochała El.
 Dziewczynka wtuliła się w matkę i zamknęła oczy, a po jej policzkach ściekło parę łez, które kobieta od razu starła wierzchem swojej dłoni. Razem wyszły z kuchni do wielkiego salonu, którego ściany były pomalowane w kolory kawy z mlekiem i usiadły na kanapę. Ellie nadal trzymała się kurczowo swojej mamy, lecz teraz jej oczka były zwrócone w stronę zdjęcia mamy i taty ze ślubu. Kobieta przyłapała córkę jak patrzy w tamtą stronę, lubiła to zdjęcie w szczególności, dlatego że przedstawiały osoby najbliższe jej sercu, które uśmiechały się promiennie do siebie.
 -El. –matka zwróciła się w stronę dziewczynki, która od razu na nią spojrzała. –Opowiem ci pewną historię, która się może i wydarzyła, lecz od ciebie zależy czy w to uwierzysz kwiatuszku. Dawno temu żyła sobie czarownica, która bała się pająków, ale to nie, dlatego że kiedyś jakiś ją ugryzł, pająki przychodziły do niej, co noc i szeptały tuż obok jej ucha. Wiedźma usłyszała kiedyś i zgarnęła je z poduszki. Pająki źle to odebrały i zaczęły opowiadać o tym innym ludziom, którzy nie wiedzieli skąd posiadali takie informacje o dziewczynie zwanej Charlotte. W końcu była księżniczką i nie możliwe było by była wiedźmą. Jednakże pająki nie odpuszczały i pewnego dnia powiedziała o tym swojemu przyjacielowi, ten to przyleciał na swoim śnieżnym rumaku i zabrał ją do pięknej krainy gdzie żyli długo i szczęśliwe, lecz faktem jest, że czasami coś nam szepta do ucha i mówią, że to te same pająki, które dręczyły Charlotte.
 Dziewczynka zmarszczyła nosek. Uwielbiała tego typu historyjki, a w szczególności, kiedy czarnym charakterem były pająki. Bała się pająków, dlatego też to je zawsze uważała za czarne charaktery, które wszystko psują. Po chwili słychać było uderzanie kołatkom o drzwi. Ellie zerwała się i prawie przewracając się o stos porozrzucanych drewnianych klocków podbiegła do drzwi. Wspięła się na stołek, a z niego na komodę by spojrzeć przez szybę, kto to nawiedził je w porze obiadu. Nie zdziwiła się, kiedy zobaczyła ciemną czuprynę i zielone oczy, które tak dobrze znała. Otworzyła drzwi, a w drzwiach pojawił się jej ojciec z teczką w jednej ręce i różdżką w drugiej. Miał na sobie płaszcz, który był cały przemoknięty, lecz to nie przeszkodziło małej dziewczynce by rzucić mu się na szyje, po czym mało zgrabnie wdrapać się na niego tak by siedzieć mu na barana. Mężczyzna postawił rzeczy na komodzie. Wiedział, że jego córka nie da mu spokojnie ściągnąć płaszcz i zmienić brudne od błota buty na skurzane papcie.  Rozłożył ręce, po czym wbiegł do pokoju i zaczął udawać samolot. Jodelle zmarszczyła nos, potrząsnęła głową i zacmokała pod nosem. Tam gdzie biegł jej mąż z Ellie tam pozostawał błotnisty ślad odcisku buta jej męża. Dziewczynka chwyciła za włosy swojego taty w obawie przed upadkiem, lecz nie za mocno by nie wyrwać je z cebulkami. Roześmiała się w niebogłosy jak to takie małe szkraby potrafią.

-Sto lat, Sto lat niech żyje żyje nam, niech żyje nam! A kto? Ellie! –zaśpiewali rodzice dziewczyny i paru innych gości, którzy przybyli, aby świętować urodziny dziewczyny a dokładnie jej 15 urodziny. Był to słoneczny 14 lipiec, lecz nie nieprzyjemnie gorący, ale wręcz idealny do spędzenia go z rodziną i przyjaciółmi. Było po drugiej po południu, wszyscy zgromadzili się na dworze przy plastikowym stoliku, na którym był błękitny tort z zapalonymi piętnastoma świeczkami. –Pomyśl życzenie mała El!
 Dziewczyna zamknęła oczy. Nie do końca wiedziała, co mogła sobie życzyć, więc pomyślała nad czymś tak błahym, że aż się zdziwiła. Życzyła po prostu sobie parę płócien i farby olejne. Po czym wzięła głęboki wdech do swoich płuc i zdmuchnęła wszystkie świeczki za jednym razem. Nadeszła wrzawa ze strony gości, którzy mówili coś pod nosami albo klaskali. Felix podszedł i zaczął kroić tort, a każdy kawałek starannie układał na porcelanowym talerzyku. Mama dziewczyny uniosła kącik ust, bo tylko tyle mogła zrobić dla swojej córki. Nie mogła chodzić i była zdana tylko na swoją rodzinę. Za jej plecami stała kobieta, która mogłaby według ojca Ellie kończyć swój żywot, włosy miała rzadkie myszate, a twarz pokrywały liczne zmarszczki. Odwróciła się w stronę swojego męża i skompletowała mało pochlebnie Felixa, który podał wpierw swojej matce ciasto, a nie jej. Był to typ typowej stereotypowej teściowej, która nie potrafiła nigdy powiedzieć czegoś miłego o swoim zięciu. W końcu stwierdziła, że sama sobie weźmie ciasto, ale wychudzona dłoń ją zatrzymała. 
 - Pani matko.-odezwał się Felix i podał jej oraz jej mężowi talerzyk z ciastem, a sam klękną przy swojej żonie by ją nakarmić. Kobieta nie lubiła, kiedy wszyscy się nad nią użalali jednakże jej stadium choroby było na tyle zaawansowane, że nie potrafiła już sama zjeść, a co dopiero być samowystarczalna. –Ellie podaj reszcie gości ciasto, ja nakarmię mamę. 
 Dziewczyna posłusznie podała każdej osobie talerzyk z ciastem nasłuchując się przy okazji tysięcy komplementów oraz życzeń. Nawet Amy nie była gorsza i przez parę minut nadawała jej o tym, że życzy jej zdrowia, szczęścia, chłopaka oraz tysięcy innych rzeczy, o których Ellie nigdy nie myślała. Ciotka Barnadett od strony ojca, którą zostawiła sobie na koniec wzięła ją za policzki i jak co roku w dniu jej urodzin wytarmosiła ją dodając, że wygląda tak cudownie i że już tak wyrosła, że ledwie ją poznała. Kiedy oswobodziła się z macek kochanej cioteczki usiadła na fotelu, którego wynieśli z salonu. Założyła nogę na nogę niczym królowa oczekująca darów od swych podwładnych tak ona czekała na prezenty od tych wszystkich, którzy przyszli. Ktoś włączył radio i w tle było słychać muzykę, Beatelsów, którzy idealnie jej przypasowali do tej chwili. Wzięła ze stołu, który był obok swoje ciasto i trzymając talerzyk w jednej ręce zaczęła zajadać się nim, podczas kiedy goście darowali jej paczuszki, torebki z ciekawą zawartością, czasami nawet listy ściskając ją i całując chodź to drugie najczęściej robiły ciotki, babcie i rodzice, bo reszta jednak kończyła na uściskach ogólnych albo tylko jej drobnej delikatnej dłoni. Nawet jej mama podjechała, a dziewczyna uścisnęła ją dając się wycałować jej w obydwa policzki i w swoje bladoróżowe usteczka. Kobiecie zaszkliły się hebanowe oczy i tak jak jej matka kiedyś tak teraz Ellie wytarła je wierzchem dłoni.
 -Rozpakuj! –krzyknęła, Lily, która po raz pierwszy była na urodzinach dziewczyny. Miała na sobie liliową letnią sukienkę sięgającą do połowy ud, baleriny w groszki oraz naszyjnik z małym aniołkiem, który w miejscu brzucha miał kobaltowy kamyczek, a może po prostu szkiełko. 
 Ellie wstała w fotela odruchowo dłońmi próbowała rozprostować zieloną koszulę z krótkim rękawkiem oraz czarną spódnicę, której długość była mniej więcej taka sama jak spódniczki w Hogwarcie. Schyliła się, aby wziąć jedną z mniejszych paczek i od razu usłyszała ni to pisk ni to krzyk ze strony Avalone. Przewróciła oczami i zabrała się do rozpakowania prezentu. W środku znalazła to, czego mogła się spodziewać po, Amy czyli szkicownik wielkości trochę większego zeszytu szkolnego, lecz mniejszego niż typowa kartka A4 oraz paczkę miękkich ołówków. Blondynka z uśmiechem od ucha do ucha uniosła dwa kciuki w górę. Ellie zawsze twierdziła, że jest niemożliwa, a utwierdziła się w swym twierdzeniu, kiedy znalazła drugie dno w zwykłej paczce. Była tam ramka ze zdjęciem jej oraz Amy. Zrobiły je sobie podczas świąt w jej domu, kiedy nawzajem karmiły się ciastem świątecznym przygotowanym przez mamę Amy. Przejechała dłonią po zdjęciu, po czym uniosła wzrok na dziewczynę i bezgłośnie powiedziała „Kocham cię”, a ta przygryzła wargę i odpowiedziała tym razem na głos „Ellie podziękujesz mi za to w szkole”. Kiedy sięgała po drugą paczkę, która miała przyczepioną karteczkę „Od Lily” usłyszała jęk. Uniosła wzrok na mamę, która skrzywiła się z bólu. Ojciec spojrzał na dziewczynę, chciał już odjechać i położyć jej mamę do łóżka żeby tam odpoczęła i wzięła leki przeciw bólowe, lecz to ona chciała jej pomóc nawet, jeśli w ten sposób miała opuścić na chwile gości. Podeszła do wózka mamy i chwyciła za metalowe rączki, po czym zaczęła go pchać. Podjazdem wjechali do domu, a z niego holem i salonem do pokoju jej rodziców. Pomogła jej się ułożyć spokojnie na łóżku, po czym pobiegła po leki i szklankę wody do kuchni. Gdy wróciła jej matka patrzyła pusto w okno, a jej policzki były mokre od łez. Eleanore podeszła do mamy, po czym podniosła jej głowę, podała leki przeciwbólowe i wlała do jej gardła wodę, aby to połknęła. Kobieta jak zwykle się zakrztusiła, przez co dziewczyna musiała podnieść ją aż do pozycji siedzącej i poklepać ją po plecach jak to robił każdy, kiedy ktoś się zakrztusi tyle, że wtedy mówi się jeszcze o tym, aby podnieść ręce, a w tym przypadku było to niemożliwe. Kiedy przestała córka pozwoliła jej opaść na poduszki, przycupnęła koło niej i chwyciła za rękę splatając jej palce ze swoimi.
 - Opowiedz mi bajkę El. –powiedziała to tak nie wyraźnie, że dziewczyna musiała jakoś kojarzyć słowa żeby brzmiało to sensownie. Spojrzała na nią z niemałym zdziwieniem. Tyle wysiłku włożyła w to żeby powiedzieć, że chce, aby Ellie opowiedziała jej bajkę. Dziewczyna westchnęła ciężko.
 -Dobrze mamo. –powiedziała, po czym utkwiła wzrok w turkusowej ścianie. –No to zacznijmy może od… O mam! Czarownica odkąd pamiętała miała swoich wrogów, raz były to modliszki, innym razem smoki a tym razem pająki. Wódz pająków obmyślił plan, że w przesilenie letnie napadnie na zamek Czarownicy z Valleyflower i zrzuci ją z tronu. Ta jednak już od dawna była przyszykowana na ten dzień. Wokół zamku ustawione były pułapki na pająki, a ich przywódcę wielką akromantulę Oligarda stwierdziła, że załatwi sama. Nikt nie podważał jej słowa, ponieważ słowa tej czarownicy zawsze mądrze głosiły, więc jeśli mówi, że sama go zgładzi to na pewno to zrobi. I tego właśnie dnia, kiedy Oligard zaplanował atak wszystko było naszykowane. Małe pająki schwytane, większe pokonane u bram, a Oligard, jako jedyny wpadł do środka zamczyska. Był ogromny a jego wielkie włochate nogi poruszały się bezszelestnie. Wpadł do Sali tronowej gdzie już siedziała ona a po jej lewicy jej mała córka, której mądrość dorównywała jej matce chodź nie miała wielu lat. Walczyli razem dzień oraz noc. Akromantula zdechła z ran, a Czarownica wygrała. Spojrzała na córkę, która przyglądała się temu wszystkiemu uważnie. Szepnęła do niej „Serduszko, to, co widziałaś to była wojna i taką wojnę toczyć będziemy nawet, kiedy ja umrę, a ty będziesz tak duża jak ja. Obiecaj mi jednak, że ty nie będziesz zwyciężała siłą, lecz rozumem i pokojem, bo ja byłam głupia, kiedy rozpętywałam tę wojnę”. Przytuliła się do córki i zniknęła, a ślad po niej zaginął. Córka Czarownicy z Valleyflower była mądrą czarownicą i słuchała się rady, którą kiedyś dała jej matka, a po niej władał Godryk, który zawsze z matką w sercu i jej radami wraz z trzema innymi wielkimi czarodziejami założyli Hogwart, do której uczęszcza tak wiele czarodziei… I ty też tam będziesz. Powiedziałaś wtedy. Nie myliłaś się mamo… Mamo? Mamo! Obudź się! Mamo…
 Dziewczyna zaczęła potrząsać kobietą, której powieki były zamknięte, a klatka piersiowa nie unosiła się dając choćby oznakę życia. Przyłożyła ucho do ust kobiety i nie poczuła oddechu, przyłożyła palce do miejąca tętnicy szyjnej i nie czuła przepływającej krwi. Zaniosła się histerycznym płaczem padając na kolana tuż obok łóżka opierając się jedynie podbródkiem o krawędź łóżka. Nie czekała długo by do pokoju wpadli ludzie. Rodzina wstrzymała oddechy, a ojciec, który często zgrywał twardziela podobnie jak ona padł na ziemię zarywając twarz w dłoniach. To był najgorszy dzień w życiu dziewczyny, najgorsze urodziny, jakie miała. Podbiegła do niej Amy i otoczyła ją ramieniem, po czym powoli wyprowadziła z pokoju do salonu gdzie razem usiadły na kanapie. Dziewczyna otoczyła ją ramieniem i zaczęła głaskać po głowie jak młodszą siostrę. Ciągle powtarzała „Ci… Już dobrze Ellie. Już dobrze…”, a Ellie zanosiła się tylko płaczem.

Był to koniec chłodnej zimy w Hogwarcie. Śnieg za oknami pomału topniał, a wielkie bałwany ulepione przez młodsze roczniki nagle gubiły marchewki. Eleanore siedziała w pokoju z nosem w książce, ponieważ tylko tak potrafiła się odseparować od reszty społeczeństwa. Rudowłosa przysiadła się do niej na chwile by spojrzeć, w którym momencie książki jest, po czym zniknęła jej z oczu. Dorcas chodź nadal za nią nie za bardzo przepadała próbowała zagadać.
 -Idziesz do Hogsmeade? –spytała i uśmiechnęła się delikatnie, a Ellie od razu zaprzeczyła potrząsając energicznie głową. –Nie możesz się zamykać przed całym światem. To jest nie zdrowe. Zaraz odkładasz te opasłe tomiszcze i idziesz ze mną nażreć się czekolady!
 -Czy ty mi rozkazujesz? –uniosła pytająco brew, a brunetka przytaknęła dodatkowo tupiąc efektywnie nóżką. –Nie. Nie pójdę do Hosmeade! A co jeśli na niego wpadnę? Nie mówię już o Remusie, a o Nathanielu. Przecież ja go obedrę ze skóry jak się do mnie odezwie. 
 Dziewczyna przewróciła oczami jak to miała w zwyczaju. Wyrwała książkę z rąk dziewczyny odkładając gdzieś na bok. Chwyciła ja za rękę i zaczęła wyprowadzać z dormitorium dziewczęcego. Ellie nie chętnie, bo niechętnie, ale truchtała za nią aż do pokoju wspólnego gdzie toczyło się całe życie towarzyskie gryfonów. W kominku jak zwykle był ogień, który ogrzewał grupkę zmarzluchów otaczających go niczym jakiś święty posążek. Spojrzała w stronę kanapy, lecz od razu pożałowała. Na niej to siedzieli huncwoci. Przygryzła wargę i prawie, że wybiegła z pokoju wspólnego. Nie uciekła, bo ich nie lubiła czy coś, lecz dlatego bo Lunatyk patrzył na nią i nawet do niej nie podszedł. Nawet nie zapytał, co tam czy coś w tym rodzaju. Schodami powędrowała na pierwszy lepszy korytarz. Usiała na parapecie i patrzyła przez okno mając gdzieś tych wszystkich uczniów, którzy ją mijali.
 -Eluś, a co ty tu taka samotna? –spytał jej dosyć znany głos. Odwróciła się i od razu ujrzała tą parszywą facjatę Nathaniela. Spiorunowała go wzrokiem, bez jakiegokolwiek argumentu od tak. –No Eluś ty to już tak nie wal piorunami. Chciałem się zapytać czy się ze mną umówisz?
 -Nie. –odpowiedziała stanowczo i znowu spojrzała przez okno, z którego widok był na dziedziniec. Dzieciaki obrzucały się resztkami śniegu, a pewna osoba robiła aniołka w śniegu.
 -Dlaczego? –spytał, lecz nie dostał odpowiedź. Dziewczyna stwierdziła, że nie warto tracić dla niego głosu skoro i tak do niego nic nie docierało, więc spławiała go po prostu go ignorując jak gdyby po prostu znikł. Chłopak jednak się nie poddawał i próbował dźgnąć ją palcem w brzuch albo przynajmniej między żebra, lecz ta chwyciła za niego i wykręciła. –Aaaał! Ty sadystko!
 Dziewczyna zaśmiała się pod nosem, co sprawiło, że ślizgonł się uśmiechnął. Lubił, kiedy była szczęśliwa, a tak rzadko można było to u niej zobaczyć. W końcu wycofał się, a przynajmniej próbował tyle, że w złym momencie. Dlaczego akurat wtedy, kiedy dłoniom przejechał delikatnie dłoń dziewczyny to akurat przechodzili huncwoci? Śmiali się w niebogłosy jednakże jeden z nich zauważył chłopaka, który stał przy Ellie. Chciał uciec, ale oni to zauważyli.
 -Miłościwa pani czy ten szkaradny typ ci przeszkadzał? –spytał Syriusz swoim tonem, którym powalał wszystkie wokół dziewczęta. Ciemnowłosa nie odpowiedziała jednakże, huncwoci uznali to za potwierdzenie. –Na prawie mojego prawa niniejszym skazuje cię na psikus. Karę przeprowadzimy my, więc chłopcze chyba powinieneś się cieszyć. Hi hi?
 -Coś jakoś taki mało mówny jest dzisiaj. Jak Smark. Czyż nie? –wyszczerzył się do kumpli James, po czym wymówił starannie formułkę tak szybko, że nawet chłopak nie zdążył wyjąć różdżki. Dziewczyna spojrzała przez ramię, co się dzieje. Nathaniel O’Collmelan zwisał z sufitu do góry nogami, a po „doprawieniu” przez Syriusza miał jeszcze piękne różowe afro. 
 -Miłościwa damo. Czekam na zasłużoną nagrodę –powiedział Syriusz i dotknął ramienia Ellie ta spojrzała na niego swymi zielonymi oczami. Łapa posłał jej ten jeden z zalotnych uśmieszków. –Patrzcie, kogo uratowaliśmy?! Na Merlina toż to nasza Elka! 
 -Ellie? –usłyszała głos Remusa, który podszedł do przyjaciela. Spojrzał na dziewczynę otworzył i zamknął usta, po czym się wycofał. Nie rozumiała tego chłopaka podobnie chyba jak jego przyjaciele.
 -Widzisz El –zaczął Nathaniel. –Przynajmniej ja mam odwagę coś do ciebie powiedzieć. Zagadać nawet się z tobą podroczyć, a ten boi się nawet odezwać! Tchórz! 
 Remus nie wytrzymał. Uniósł różdżkę i chodź zazwyczaj nie wtrącał się w dokuczanie to tym razem jednym machnięciem zakleił mu usta i odszedł napięcie zostawiając i kumpli i chłopaka, który zwisał do góry nogami oraz Ellie, która nic nie rozumiała. Jak zwykle miała w duchu racje „A jednak mogłam zostać i oddać się lekturze…” pomyślała.

-Ellie! –usłyszałam pisk tuż obok mnie. Nie wiedziałam, kto to, lecz po głosie wnioskowałam, że musiała być to jakaś dziewczyna. Wszystko mnie bolało, a w pamięci pozostała luka z tego, co się stało zanim w ogóle tu się znalazłam. Otworzyłam oczy i od razu zmarszczyłam powieki tak by widzieć jak najmniej światła. Pomieszczenie lśniło bielą. Białe ściany, biały sufit do tego jeszcze te ostre światło przedostające się przez wielkie okna. Zamrugałam parę razy by przyzwyczaić się do sytuacji. Spojrzałam w bok i ujrzałam Amandę, która miała podpuchnięte oczy i materiałową chusteczkę w dłoni. –Myślałam, że już umarłaś. Ucałuję chyba tych uzdrowicieli! Nie żartuję.
 -Gdzie jestem? –spytałam. W głowie mi dudniło, a kiedy przestało dudnić to szumiało i tak na zmianę sprawiając, że czułam się tak jakby zaraz moja głowa miała wybuchnąć. –Ile tutaj leżałam nieprzytomna? Co się stało…
 - Nie zadręczaj się pytaniami –powiedział głos, którego nie potrafiła nie rozpoznać. Obróciła górę i zobaczyła Avalone, która wyglądała nawet i gorzej niż Amanda. –Jesteś Eleanore w świętym Mungu i to od dobrego tygodnia. Wyobraź sobie, że nie chcieli mnie wypuścić abym tu przyjechała! Powiedziałam, że zagłodzę się, jeśli mnie do ciebie nie zawiozą no i jestem tu!
 -Całą sprawą zajmuje się, Wizengamot –powiedziała Amanda. –Ogólnie większość gości jest przesłuchiwana. Oprócz ciebie jeszcze ten twój wilkołak jest ranny i leży gdzieś sobie, oraz chyba tuzin gości, a więc… Ślub jak marzenie. Czyż nie? Piękny początek, rozwinięcie pełne akcji i dramatyczny koniec. Idealne na książkę czyż nie Amy?
 -To wy się znacie? –uniosłam brew, a obydwie się zaśmiały. Chyba coś mi świtało i były to czasy szkolne. –Jesteście z tego samego domu prawda? –potaknęły głowami. 
 Spojrzałam na przyjaciółkę oraz na Amandę, to było miłe z ich strony, że mnie nawiedziły w szpitalu, a może nawet i w nim spały byleby doczekać tego, że nagle się obudzę. Próbowałam się podnieść naciskając przypadkowo dłonią jakiś pilot z paroma guziczkami. Do Sali wpadła jak oparzona pielęgniarka, która od razu podbiegła do mnie i zaczęła robić mi typowo kontrolne badania. Była krągłą niską kobietą z krótkimi jasnymi lokami oraz wieloma drobnymi zmarszczkami na twarzy. Po jej wizycie dowiedziałam się tyle, że żyję i że blizny na brzuchu nie wyglądają ładnie. To jest nie fair, że jeśli facet pojawi się bez koszulki z jakąś szramą na przykład na pierś to jest jeszcze bardziej rozchwytywany niż ten z normalną klatą, a jak dziewczyna ma bliznę to się robi mniej atrakcyjniejsza. A może właśnie nie? Może dla facetów będzie to niczym odkrywanie nowych tajemnic?
 -Mogę już wstać? –spytałam kobiety, a ta dała mi wkład o zdrowi i o wszystkim, co mi dolega bardziej szczegółowo niż nasza szkolna pielęgniarka, co chyba oznaczało, że raczej nie powinnam wstawać z łóżka, ale ja musiałam! Więc i tak zrobiłam swoje po tym jak zniknęła zza zakrętu. Usiadłam na skraju łóżka po lewej stronie twarzą do Avalone, a plecami do Amandy i rozejrzałam się po tym jasnym jak rzeźnia pokoju. Łóżka wszystkie były zajęte. Niektórzy spali, inni rozmawiali między sobą, a reszta czytała. Wstałam z niego i nie czułam się aż tak źle jak podczas pobudki. Na bosaka zrobiłam parę przykładowych kroczków i po tym jak stwierdziłam, że czuję się na tyle dobrze, że mogę spokojnie spacerować odwróciłam się do dziewczyn.
 -Amy… -powiedziała Avalone do Amandy. –Powiem ci coś. Jak tak patrzy to znaczy, że ma szalone pomysły, a wtedy bój się Boga.
 -Że niby ja? –prychnęłam urażona jednakże od razu przeszłam do rzeczy i spytałam się o to gdzie przebywa Remus. Dziewczyny milczały jak posągi z wyspy Wielkanocnej. Chodź przy pomocy czarów to i one byłyby bardziej rozmowne od tej dwójki.-Dlaczego? Proszę was…
 W końcu dziewczyny spojrzały po sobie i dały dokładne namiary na Lunatyka, który znajdował się tylko parę pokoi dalej po drugiej stronie korytarza. Ubrana jedynie w dwu częściową piżamę ruszyłam w stronę chłopaka. Kiedy wyszłam z pokoju oczom ukazał mi się korytarz pełen pacjentów i uzdrowicieli. Ruszyłam przed siebie wprost pod wskazany przez dziewczyny numer. Zapukałam grzecznie i weszłam do środka. Pokój był tak samo biały jak ten, w którym się obudziłam tyle, że tu przynajmniej wszyscy mieli niebieskie kołdry, co kontrastowało z pokojem. Zauważyłam go na łóżku w kącie. Czytał książkę i popijał coś, prawdopodobnie kawę. Podeszłam do niego i usiadłam na krześle. Ciekawiło mnie ile czasu minie zanim mnie zauważy.
 -Ellie! -krzyknął nagle, kiedy odwrócił się, bo chciał dołożyć filiżankę z kawą na szafeczkę, przez co trochę jej wylał na kołdrę. Odstawił ją i uścisnął mnie tak mocno, że nagle straciłam dech w piersiach. –Nawet nie wiesz jak się cieszę, że żyjesz. Myślałem, że już odeszłaś, kiedy cię zobaczyłem leżącą na ziemi, zalaną krwią. I kiedy myślę, że to moja wina… 
 -Nie twoja. –zaprzeczyłam potrząsając głową. Przejechałam dłonią po jego policzku, a ten pochylił się i musnął moje wargi. Spojrzałam na niego, a w tych delikatnych miodowych oczach pojawiły łzy. –To nie twoja wina Remus –powtarzałam. –Nie twoja, a moja, bo do ciebie podeszłam. Co było z mojej strony bardzo nierozsądne. Więc to tylko i wyłącznie moja wina.
 -Ale cię skrzywdziłem. –powiedział i podciągnął moją bluzkę na tyle wysoko by zobaczyć blizny. Po między nami nadeszła cisza, którą przerwał on sam. –Pewnie ci dziewczyny powiedziały, że Wizengamot zajmuje się sprawą? Wszystkich przesłuchują i jak dobrze pójdzie to jeszcze w tym roku wrócimy do szkoły, a przynajmniej ja z chłopakami… Chyba, że nas wyleją.
Huncwoci
 - A więc twierdzicie, że to był ratunek? –minister magii uniósł krzaczastą brew i zmierzył chłopków wzrokiem. Huncwoci tylko pokiwali głowami, co najwyraźniej wystarczyło drobnemu mężczyźnie by uwierzył. Sala, w której sądzili była na planie koła. Naprzeciw nich na wielkim podeście stał minister magii a po jego lewej i prawej stronie otaczały go rzędy ministrów w tym jedna młoda kobieta o gęstych brązowych oczach, której figura przypominała wyrzuconą na brzeg orkę. –Tak pani minister? 
 -Może i to był ratunek, co nie usprawiedliwia ich do ucieczki ze szkoły i nadużywania magii poza terenem Hogwartu. Kradli, łgali. No ja myślę, że nie puścisz ich ministrze tak po prostu? –miała przesłodzony wysoki głos i ogólnie wyglądała jak landrynka, co zdecydowanie Syriuszowi się nie podobało. Burknął prawie niesłyszalnie w jej stronę. Babka zdecydowanie działała mu na nerwy. Przy jej piersi była przywieszona prostokątna plakietka „Dolores Jane Umbridge” której litery były napisane różowym atramentem a kropka nad i miała kształt kociej główki. 
 - Dolores –odezwał się minister, a kobieta uniosła błękitne oczy by spojrzeć na niego tym oszołamiającym wzrokiem. Potter parsknął śmiechem, co nie uszło różowej ropuszce. –Chłopcy… Chłopcy… I co ja mam z wami począć? To jak? Głosujemy? No to ten… Kto jest za tym aby wrócili do Hograwru? –duża ilość dłoń w tym samego ministra uniosła się, przez co Glizdogon odetchnął z ulgą. –A kto chce, aby zostali ukarani? –trochę mniej dłoni się uniosło w tym dłoń Umbridge, która była najwyżej ze wszystkich. –A więc chłopcy wracacie do domu. Możecie już iść i jakbyście mogli zabierzcie przy okazji O’Colmellana. 
 Chłopcy przytaknęli i powoli zaczęli się kierować w stronę drzwi wyjściowych. James podszedł do Nathaniela i chwycił go za ucho, po czym wyciągnął z Sali. Kiedy byli już na wąskim korytarzu rogacz puścił chłopaka. Od tego momentu nie musieli się bawić w nianie dla tego ślizgona a przynajmniej nie wspomniał o tym minister. Ruszyli do windy, a brunet szedł za nimi krok w krok z Peterem prawie, że przy boku. James spojrzał na O’Colmellana piorunując go wzrokiem. To przez niego ich kumpel wylądował w szpitalu, miał mu to za złe podobnie jak Syriusz i jedynym wyjątkiem jak zwykle był Glizdek. Peter wiedział swoje i twierdził, że to, co chłopak zrobił było wielce odważne i że gdyby nie on to ciemnowłosa na pewno by nie żyła. Chodź nie wiedział, czy żyje to jednak przyjmował, że jest na tym świecie. Wsiadali do windy. Na określonym piętrze miała już czekać McGonagall, która zapewne albo ich zawiesi albo wlepi szlaban. Po paru minutkach drzwi się otworzyły a w nich stał jeden z członków, który zajmował się jugolami i tego rodzaju dziwactwami. Najwyraźniej mężczyzna o ciemnej karnacji dokładnie wiedział skąd przybywają, bo odezwał się do nich chodź ci nawet na niego nie spoglądali i nie oczekiwali, że się do nich odezwie.
 - Pewnie używaliście czarów poza szkołą? –spytał, a chłopcy przytaknęli. Zaśmiał się gromko, co dosyć ich zmieszało. –Te prawo jest czasami chore. Sam jak byłem w waszym wieku miałem sprawę o to samo. Tyle, że ja po prostu chciałem szybciej podlać babci rabatki. Więc wyszło jeszcze gorzej, bo przecież magia używana w obecności mugoli też jest zabroniona, a babcia zwyczajną była kobietą.
 Mężczyzna dalej opowiadał historie z życia wzięte o tym jak to przez przypadek zrobił to i wszystkie kible w męskim wybuchły chodź to zaciekawiło huncwotów i Nathana.  W końcu jednak musieli wyjść a im oczom ukazała się profesor, McGonagall która w tym właśnie momencie zabijała ich wszystkich wzrokiem. Wszyscy przełknęli głośno ślinę i zamknęli oczy jakby oczekując, że kobieta zaraz się rzuci na nich z pięściami.
- Niech no tylko wrócimy do Hogwartu! Albus się wami zajmie! –wykrzykiwała na Huncwotów chodź i Nathaniel poczuł się tak jakby i w jego stronę były rzucone te krzyki. Nagle jednak jej głos złagodniał. Może policzyła do 10? –Eleanore jest cała i zdrowa. Właśnie się dowiedziałam, że się obudziła. Co jednak nie zmienia faktu, że zachowaliście się nieodpowiednio i gdybym to ja była dyrektorką to bym od razu was wywaliła. Naruszyliście chyba ponad połowę kodeksu szkolnego! I jeszcze prawo nadane przez ministrów do spraw nieletnich czarodziei!
 -Dobrze już wiemy. –odezwał się Syriusz. –Gdyby pani mogła to pewnie każdego z nas by pani rozciągnęła na kole albo wydłubała oczy..
 -Wyrwała język albo przecięła na pół. –odezwał się Peter. –Albo zawiesiłaby nas pani tak jak to chciał woźny… Byłby na pewno ucieszony. Chodź gdybyśmy robili jakieś ciężkie prace fizyczne to też by nie narzekał. On chyba nas nie lubi…
 -Ale ja nie zostanę ukarany tak samo jak oni. Prawda? –spytał O’Colmellan a wzroki huncwotów spoczęły na nim w tym dwójka z nich wciąż oczami wyobraźni nabijała go na Pal.
 -To nie od mnie zależy O’Colmellan –prychnęła nauczycielka. –Gdybym miała cztery pary rąk to bym każdego za ucho chwyciła i ciągnęła aż do wyjścia a jako że nie mam, więc… -chwyciła Pottera i Blacka, którzy byli pod ręką za uszy. Nathaniel zaśmiał się pod nosem, przez co dostał z łokcia od łapy, którego akurat zasięg łokcia docierał do chłopaka. –A teraz ruszamy do samochodu, którym wpierw wybierzemy się do świętego Munga, a potem do szkoły. Nie martwcie się. Napiszecie wszystko to, co wam umyło podczas nieobecności w tym sprawdzian z Historii Magii i Transmutacji i jeśli oblejecie to nie będę miała nic przeciwko zostawienia was na jeszcze jeden rok.
 Nadeszła cisza i nawet O’Colmellan nie odezwał się ani słowem. Może uznał, że nie warto? James zaczął przyglądać się tym wszystkim kominkom. Przecież tak prosto można było wrócić do szkoły a jednak wybrano dla nich transport typowo mugolski. Może spędzony w nim czas miał im dać do myślenia? Wiele pracowników ministerstwa omijało ich albo patrzyło ze zdziwieniem. Nic dziwnego. Syriusz kątem oka zauważył prorok codzienny. Spojrzał na przyjaciela „Jesteśmy sławni” szepnął i wyszczerzył się ukazując rząd śnieżnobiałych zębów. Profesor mruknęła coś mało pochlebnego o chłopcach pod nosem tak jakby nie dowierzała w to, że ci są dumni z tego wszystkiego.
Mini Ell z pierwszego wspomnienia

wtorek, 23 czerwca 2015

Rozdział XVIII

Huncwoci
- Remek! –Glizdogon przybiegł do chłopaka ledwo zipiąc. –Pan diabli wzięli! Nie ma nikogo! Syriusz może potwierdzić! Nie ma ani Elki ani Nathana ani nikogo! Ale to z pewnością ich dom…
- Coś się stało? –koło Remusa i Petera pojawił się James poprawiając swoją fryzurę jedną ręką zaczesując ją do tyłu. Chłopak wytłumaczył mu, a na twarzy rogacza pojawił się szatański uśmiech, jaki to się pląta zawsze, kiedy nie miał dobrego planu albo przynajmniej uważał go za dobry. Poszedł przed siebie i zapukał do drzwi jak wychowany dżentelmen. Drzwi otworzył mu skrzat, który otworzył szeroko oczy. James chwycił go za łachmany i uniósł na tyle wysoko by mógł spojrzeć mu w oczy. –Ej, skrzacie. Gdzie się wszyscy podziali? To przecież dom O’Collmelan’ów?
- Ślub! Ślub panicza i panienki. Pośpieszyli się. Pośpieszyli. Jeszcze dań nie mamy oj zgroza pana, który to zobaczy –pisnął jak to skrzaty potrafią i chwycił się za głowę.
-O k**wa –chłopak puścił momentalnie skrzata i przywołał gestem dłoni swojego przyjaciela, który bardziej ostrożniej niż jego przyjaciel podszedł do niego. –Lunatyczku mamy mało czasu. Twoją kobitę chcą chajtnąć z O’Collmelanem! O zgrozo! Ej! Skrzacie gdzie ślub? Bo my spóźnieni przyjaciele pana młodego. Twojego panicza!
- Och… -skrzat odwrócił się do niego. –To nie daleko panie. Jakiś kilometr ja pokażę drogę. Znaczy się przynajmniej wytłumaczę, bo tu Brudzika czeka praca. Tort dla pary. To niej panicz idzie za mną to ja pokaże gdzie skręcić i za ile…
James poszedł za skrzatem, który wierząc w to, co powiedział mu chłopak nic nie podejrzewał. Remus chwycił się za głowę i wrócił do samochodu, w którym siedział już Glizdek i Łapa. Obydwoje na tyłach. Syriusz spojrzał na przyjaciela z uniesioną brwią, a chłopak wytłumaczył mu wszystko prawie przy tym wylewając te męskie łzy, które tak trudno wydobyć. Chłopak zrozumiał. Położył dłoń na ramieniu Remusa i dał mu radę, którą chciał by jego kumpel się kierował „Życie jest zawsze do dupy a do tego rzuca nam kłody pod nogi. Ale wiesz, czego trzeba się trzymać? Przyszłości, celów no i pięknych dziewczyn…” Rogacz wrócił do samochodu po chwili i odmachał skrzatowi, który nagle zniknął. Zaczął ich wieźć prawie pod sam kościół. Był to skromny kościółek, lecz już stojąc koło nich słychać było kościelne dzwony. Chłopcy stanęli przy grubej ścianie kościoła obmyślając nowy plan.
- No to tak… -Remus podrapał się niezręcznie po karku. –Nie zgadzam się na zawarcie małżeństwa, po czym ją porywam i oddaję ją tobie James a ty pod postacią jelenia przybiegniesz do naszego samochodu. Syriusz bądź już gotowy. To powinna być szybka akcja. Ja wszystkich rozproszę, jako potwór. Glizdek ty… Siedź tu. Jesteś naszym planem awaryjnym, bo to ty jeśli Syriusz będzie nam potrzebny wywieziesz Elkę samochodem wraz z Rogosiem. Zrozumiano?
- Tak sir. –powiedział glizdek i podszedł do witraży, do których nie sięgał. –Podnieście mnie do tego witraża to wam powiem czy możemy już wejść i co nasz czeka…
- Nie potrzeba Peter. –Syriusz stanął na palcach by spojrzeć przez witraż, kto prawdopodobnie jest w kościele. Momentalnie przybrał koloru trupa.- Do jasnej cholery. Czy świat nie może nam wszystko komplikować? Widzę samych czarnoksiężników oraz tych, co najczęściej kończą w Askabanie za używanie zaklęć niewybaczalnych. Kochani to nie skończy się dobrze…
- No, ale… Co mówią? –spytał James a Syriusz przystawił ucho do ściany kościoła. –No i?
- Jeszcze nie… Ale już powinniśmy się ustawiać. To ten… Ja idę już do samochodu. Skoro ma to byś mega szybka akcja… A jeśli coś nie wypali… To wiedźcie, że zawsze was kochałem. –po czym odchrząknął. –Znaczy się wiecie tak po przyjacielsku. No homo moi przyjaciele, no homo. Po za tym, jeśli umrę a którymś z was przeżyje to niech powie każdej dziewczynie, że ją kochałem.
- A jeśli ja umrę to powiedźcie rudowłosej Evans, że od zawsze chciałem żeby była ze mną… Szkoda tylko, że nie doczekam się wtedy tego, co wam mówiłem.-westchnął ciężko. Peter położył swoją dłoń na jego ramieniu i uśmiechnął się burcząc pod nosem że się uda i wszyscy przeżyjemy to niestety nie napawało entuzjazmem tak jak oczekiwał. Cisza nadal była grobowa.
Wszyscy ustawili się na swoje miejsca. Serce Remusa łomotało tak głośno, że wydawało mu się, że to jedyny dźwięk, jaki teraz słyszy. James przysunął się niebezpiecznie blisko drzwi frontowych małego kościółka. Spojrzał przez dziurkę od klucza, lecz widok zasłonił mu jakiś facet albo też kobieta ubrana w czerń. Przyłożył ucho by usłyszeć, co mówi i usłyszał to, czego już nie powinni słyszeć. Nie było to może „Czy bierzesz sobie tego mężczyznę za męża”, lecz dawno było po tym, aby Remus wpadł i krzyknął swoją kwestie. Pociągnął lunatyka za bluzkę i wepchnął do kościoła. Wszystkie wzroki były skupione na nim w tym Ellie. Przełknął głośno ślinę. Czuł się jak skończony idiota, ale szybko musiał wziąć się w garść. Za nim wpadł James widząc, że Remus nic nie mógł powiedzieć.
- Sprzeciw! Nikt tu się nie będzie hajtał, a przynajmniej nie na mojej warcie! -krzyknął James, a biedny Lunatyś tylko mu przytaknął. –Chcemy tylko uprowadzić pannę młodą. To nic wielkiego a więc… No to my się chyba nie dogadamy... No to jazda panienki!
Cały plan diabli wzięli. Syriusz i gwizdek wpadli do kościoła jak gdyby nigdy nic. Organista zaczął grać melodie akurat dopasowaną do sytuacji. Wszyscy goście spojrzeli na nich w tym sam Voldemort. Chłopcy wyciągnęli różdżki, lecz wyglądało to komicznie, kiedy otoczyła ich wiele razy większa grupa z różdżkami, a ich usta układały się w jedno zaklęcie. James wyszczerzył się do Remusa, po czym zamienił się w jelenia i zaszarżował na nich. Miał cel. Uprowadzić Elkę.
- Na brodę Merlina, oni nawet taki dzień potrafią zepsuć. –burknął pod nosem Nathan i zakasał rękawy. Miał ich po dziurki w nosie. Bo nie dość, że naprzykrzali mu się w szkole to teraz tak samo. Był wściekły i widać to było po jego twarzy. Jego nos był zmarszczony, a brwi ściągnięte tak, że po między nimi pojawiła się zmarszczka.
Ellie
Nathan spojrzał na mnie tak jak nigdy dotąd. Biel sukni ślubnej był to najbardziej rzucający się kolor w pomieszczeniu. Podał jej dłoń a ja niepewnie za nią chwyciłam. Chodź widok panny młodej przed ślubem przez pana młodego przynosił pecha to on i tak zadeklarował, że pomoże mi wsiąść do samochodu. Drugą dłonią uniósł mój podbródek i musnął delikatnie wargi.
-Zabawne. –stwierdziłam –Jeszcze nie tak dawno chciałam cię zabić chodź to i tak za łagodne słowo, a za chwilkę mam stanąć razem z tobą na ślubnym kobiercu, cóż za ironia losu. Ta osoba, która pisała scenariusz mojego życia musiała się naprawdę nudzić albo była szalona.
Chłopak uśmiechnął się i wyprowadził mnie z pokoju. Tren wlókł się za mną przez korytarze rezydencji O’Collmelanów, a kiedy miałam wyjść na dwór jedna z młodziutkich kuzyneczek Nathaniela chwyciła za niego, aby ten się nie pobrudził. Włosy miała upięte w koczek, ale parę niesfornych loczków wypadło z niego okalając jej drobną okrągłą twarzyczkę. Wsiadłam na tyły do srebrnego samochodu nieznanej mi marki. Koło mnie siedziała Amanda, której usta były pomalowane mocną czerwoną szminką. Była ubrana w kremową sukienkę delikatnie za kolana bez rękawków.
- Wyglądasz ślicznie –stwierdziła i wsadziła mi kosmyk włosów za ucho. –To dla mnie zaszczyt być twoją świątkową. Może i ty będziesz kiedyś moją. Cóż, Bóg sam zadecyduje. Nieprawdaż?
Przytaknęłam nieśmiało i na tym nasza rozmowa się urwała aż do drewnianego, skromnego kościółka ukrytego w lesie.  Wysiadłam z samochodu i już od drzwi mogła zobaczyć ile osób się zebrało, aby zobaczyć jak mówię „Tak”. Odwróciłam się by spojrzeć czy Amy za mną idzie. Amy… pomyślałam i nagle zebrało mi się na płacz. Tak dawno jej nie widziałam, a może tak tylko mnie się wydawało. Może to, co wydawało się miesiącami było tak naprawdę paroma dniami? Śniegu nawet nie było a chłód nawet nie doskwierał. Nie mogłam wejść dopóki nie nadejdzie czas, więc dla zabicia czasu liczyłam ile z zebranych gości ma już naszykowane miejsce w Azkabanie. Było ich trochę. Pan młody zjawił się spóźniony. Przelotnie cmoknął mnie w policzek i wpadł do kościoła. Koło mnie pojawił się Barty Junior, który uśmiechnął się blado i podał mi ramię. Co chwila odwracał wzrok a jego tik był, co raz to częstszy. Bąknął coś pod nosem o tym, że to ojciec jego powinien mnie zaprowadzić, a nie on, ale kiedy zabrzmiał marsz wprowadził mnie do środka. Spojrzałam za siebie. Trzy małe księżniczki jedna o śnieżnych włoskach, druga o ogniście rudych lokach i trzecia o długich blond włoskach zaplecionych w warkoczyk. Zaczęły rzucać płatki białych róż, a za nimi szła jeszcze jedna, która była podobna do mnie. Ciemne włoski zaplecione w koszyczek i pistacjowe oczka. Ta to też rzucała płatki błękitnych róż, które kontrastowały z durzą ilością białych. Wszyscy powstali i zaczęli pomrukiwać coś pod nosem. W pierwszym rzędzie siedział czarny pan, którego mina nie wyrażała żadnych emocji a koło niego siedział chłopiec, który uderzał monotonnie czarnymi bucikami o siebie, co parę sekund. Uniósł wzrok na mnie i uśmiechnął się szeroko. Na jego kolanach była intensywnie niebieska poduszka z dwiema obrączkami ze złota. Stanęłam naprzeciwko Nathaniela i w tym momencie zaczęła się procesja. Prawie cały czas patrzyłam w oczy chłopaka tak jakby nic wokół nie istniało, a przynajmniej tak mówił mi mój umysł, który myślał, że zaraz się obudzi i to wszystko zniknie tak jak śnieg na wiosnę. Coś jednak było nie tak usłyszałam głos znajomy, którego nie dało się pomylić z żadnym innym. Odwróciłam się i zobaczyłam Jamesa, który uśmiechnął się tak jakby właśnie wpadł na jakąś imprezę a nie ślub. Obok niego stał Remus a moje seruducho zabiło jak u kolibra. Za nim wpadła cała hałastra. Mój umysł już tego nie rozumiał, bo nie potrafił stwierdzić czy to, co teraz się dzieje jest naprawdę czy to też wymysł mojej chorej wyobraźni. James zamienił się w jelenia, a ja chodź nigdy nie byłam dobra w jeździectwie dosiadłam go i razem uciekliśmy z kościoła zostawiając za sobą wszystko to, co chciałam zostawić oraz to, czego nie chciałam. Rogacz odmienił się dopiero, kiedy byliśmy na tyle daleko by nas nie było widać. Zaczął dyszeć ciężko. Chwycił się w pół, po czym spojrzał na mnie i posłał jeden z tych jego specyficznych uśmieszków. Chwilę poczekaliśmy, aby ten odetchnął. W końcu ten pociągnął mnie dalej przez chaszcze, które darły materiał sukni a liście i wysuszone gałązki wczepiały mnie się we włosy.
- Wracamy do domu Elka. –James zaśmiał się radośnie i jakby dostał nową baterię. Ledwo za nim nadążałam, a tren w tym mi nie pomagał.- Zaraz dojdziemy do samochodu. Znaczy się… On jest pod kościołem ino... Ten… Chłopaki muszą odwrócić uwagę tamtych żebym mógł cię wpakować i odjechać a wtedy jak gdzieś cię schowam to wrócę po nich i razem uciekniemy.
-Taki był plan? –spytałam ledwo zipiąc. Chłopak się zaśmiał, a odpowiedź była jasna „Oczywiście, że nie”. Jak wszystko to, co robili Huncwoci, była to czysta improwizacja.
Nagle otoczył nas czarny dym, który krążył wokół nas i zatrzymał się przed nami. Nie wiedziałam, co się dzieje chodź pomału się domyślałam. Przed nami pojawiła się kobieta z burzą czarnych loków, które opadały tam gdzie chciały. Zaśmiała się ta kobieta jak typowy szaleniec i końcem swojej różdżki dotknęła piersi Jamesa. Zaraz po niej pojawiło się ich, co raz więcej. Otoczyli nas, a z nikąd pomocy. Za nami było drzewo, lecz co to za drzewo, jeśli pierwsza lepsza gałąź była cztery metry nad nami.
- No to jesteśmy w ciemnej dupie. –stwierdził James. –Ej. Po co te nerwy sekto tamtego faceta z kryzysem wieku średniego? Może się jakoś dogadamy… Czekoladę? O wiem! Chodźmy na kremowe piwo. Przy kremowym piwie zawsze się lepiej myśli!
- Zamknij się. –syknęła kobieta z burzą loków i wycelowała różdżkę we mnie. –Chodź ze mną a nikomu nie stanie się krzywda. W końcu i tak w jakiejś części jesteś jedną z nas.
- Zapisałaś się do sekty faceta po czterdziestce? Oszalałaś? Przecież facet po czterdziestce, a w szczególności z kryzysem wieku średniego jest złym przywódcą. W końcu nie ma oleju w głowie. Ale to tak jak ja… Jednakże nie zmieniajmy tematu. –podciągnął rękaw mojej sukni ślubnej tak, aby sprawdzić czy nie ma tam mrocznego znaku. Nie było a jedynie siniaki po wbijanej igle. Zmarszczył brwi. –Coś ćpiesz? I mi o tym nie powiedziałaś?
Widać, że chłopak grał na zwłokę byle by tylko nie zaczęli w nas strzelać zaklęciami. Opłaciło się to. Słychać było wycie i nagle na jednego z nich naskoczył czarny wilczarz, a za nim wilkołak, który już dawno stracił nad sobą panowanie. Wiedziałam, że będąc tym stworem traci się świadomość jednakże nie wiedziałam, że aż tak. Może i oszalałam, ale zrobiłam delikatny krok w jego stronę. Miodowe zadrwione oczy człowieka, którego kochałam spojrzały na mnie. Wiedziałam, że nawet, jeśli mnie drapnie to teraz nic mi się nie stanie, a jedynie będę pożądała krwistych steków. Wyciągnęłam dłoń w stronę futerkowego księcia, lecz nie spodziewałam się tego, że na mnie skoczy. Byłam przerażona podobnie jak chłopcy. Drapną mnie łapą w brzuch tworząc parę pasów na sukience, zaczęłam krwawić i to nie tylko z miejsca, w które zostałam zaatakowana. Byłam osłabiona, więc krew zaczęła ściekać mi z nosa a nawet i z kącików oczu. Straciłam przytomność, lecz jeszcze ostatkami sił usłyszałam słowa nadbiegającego Nathana „Drętwota”… 

czwartek, 22 stycznia 2015

Rozdział XVII

Huncwoci
- Mam gitarę a każda kobieta chce chłopaka z gitarą –powiedział siedzący na tyłach Syriusz. Dzisiejszego dnia za kółkiem siadł Remus, któremu ręce trzęsły się jak galareta. –Chłopie tylko mi nie zemdlej, bo wtedy to ty nas pod bramy świętego Piotra powieziesz. Wiesz, mnie się z tym typkiem nie śpieszy spotkać wolę spotkać się z jakąś uroczą szatynką jeszcze za życia kurde. Przespać się z nie jedną, rozumiesz żyć nie umierać. Po twojej minie kochany Jamesie rozumiem, że twierdzisz, że prędzej dzieci się na robię i umrę tonąc w alimentach. Nie wierzysz we mnie słońce.
James prychnął, po czym wyszedł przez szyber dach i opuszczając nogi od kolan usiadł na dach. Według danych, które jakoś udało im się uzyskać to dom dupka Nathaniela jest jakieś 100 kilometrów od nich a z tempem Remusa to raczej i by za tydzień nie dojechali. Jednakże nie podważał słowa mamusi, bo przecież jak pan Lupin się wkurzy to się wkurzy i na piechotę będzie musiał iść albo za nimi albo do Hogwartu a tam też jakoś mu się teraz nie śpieszyło. Żył gadką „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, więc chciał dostać ochrzan za to, że uciekli ze szkoły razem ze wszystkimi a nie tylko sam. Uśmiechnął się nagle do siebie widząc piękny czerwony list, który układa się w usta kochanej mamusi i krzyczy „Ty durniu!” a w tle słychać śmiech ojca. Jego matka miała stalowe zasady za to jego ojciec to wykapany on przymknął oczy i wyobraził sobie, że kiedyś taki list trafi do jego syna, który zapewne będzie jego odzwierciedleniem. Lily zapewne będzie go zabijała wzrokiem, nadal jego serce biło tylko do niej a teraz, kiedy ona zaczęła to pomału czuć to samo mógł wybiec gdzieś w przyszłość, więc też wyobrażał siebie syna z jego włosami i jej oczami oraz córkę z jej włosami i jego oczami. Wyobrażał sobie jak będzie marszczyła nos, kiedy dostanie pierwszy list o tym, że jej syn zachowuje się nieodpowiednio i oczywiście wtedy by wszystko mówiło, że to wina Jamesa i to jego syn a ten by się tylko śmiał. Za co widział też i dumę w oczach dziewczyny, kiedy dowiedziałaby się, że ich córka jest najlepsza w klasie. Widział ich razem stających przed lustrem i widział jak mija czas jak ich ciało pokrywają zmarszczki a ich otaczają wnuki tak samo rude jak ich babcia i tak samo czarne jak ich ojciec a może i blond by się trafiło, jeśli córka by wyszła za blondyna. Słyszał ten gwar wysokich głosików, które wołają „dziadzia patrz”. Uśmiechnął się sam do siebie i spojrzał znów na drogę, samochody mijały ich a niektórzy kierowcy patrzyli z przerażeniem na chłopaka, który nie zwracał na nich szczególnej uwagi. W końcu wrócił do środka i oparł się o siedzenie. Syriusz zmarszczył brwi i posunął go, bo jego gitara się nie mieściła. Chłopak oparł głowę o szybę i spokojnie oddychał, co zaniepokoiło chłopaków, bo często zachowywał się tak jakby miał ADHD a teraz siedział spokojnie. Przerażony łapa uszczypnął Rogasia w udo tak mocno, że aż dostał od niego z pięści w żuchwę, w cale nie było to lekkie uderzenie, bo aż Syriusz musiał wypluć ślinę pełną krwi przez okno otarł się wierzchem dłoni jednak wiedział przynajmniej, że James nie umiera a jedynie zamyśla się, co też było dziwne przynajmniej, jeśli chodzi o tego chłopaka.
- Zastanawialiście się kiedyś gdzie widzicie się za… No nie wiem 20 lat? Kiedy już ta młodość pomału, bo pomału, ale jednak będzie z nas upływać? –spytał James. Wszyscy prócz Remusa, który tylko spojrzał w lusterko by zobaczyć czy chłopak nie zacznie śmiać się spojrzeli z przerażeniem na James’a nie, co dzień z jego ust padały takie słowa. –Ja na przykład widzę się u boku Lily. Wychowujemy dwóję dzieci. Starszego syna i młodszą córkę. Niedługo starszy ma iść do Hogwartu ma na imię Haiden a młodsza jeszcze rok musi poczekać, będzie miała na imię Victoria. Haiden to wykapany ja, ale oczy ma Lily, wiecie takie szmaragdowe w kształcie migdałów.
- Haiden? –Syriusz uniósł brew, nie chciał podważać autorytetu mężczyzny, ale jednak coś z imieniu Haiden mu nie pasowało. –Nie może być coś prostszego? Na przykład Harry? Lily na pewno wolałaby małego Harry’ego niż Haiden’a. A jeśli chodzi o mnie to chciałbym no nie wiem jeszcze żyć chodź pewnie, kiedy ty się stary zwiążesz to i ja w końcu się zwiąże… Może to będzie jakaś ładna szatynka o oczach niczym może. Zapewne matka by mnie za to ukatrupiła, ale nie pogardziłbym nawet Mugolem. Z resztą kobiety niemagiczne, ale za to zagraniczne wydają mnie się przynajmniej seksowniejsze. Na przykład taka Hiszpanka albo jak to gdzieś słyszałem u jakiegoś facecika niby w Polsce są ładne. Wiecie coś o tym kraju? Ja jedynie wiem tylko tyle, że był potem go podzielili i go nie było a potem znów był a teraz tam komuna panuje. Rozumiecie? Ruscy. Chodź z moim talentem może i bym jedną uprowadził.
- A ty tylko o tym –prychnął Remus patrząc cały czas na drogę. W końcu się rozluźnił i delikatnie nacisnął pedał gazu. –Ech a jeśli chodzi o mnie to zależy, bo mam dwie drogi. Jak to mówią przezorny zawsze ubezpieczony. Na przykład, jeśli się okaże, że będę, z Ellie to widzę się tylko przy jej boku będzie otaczała nas gromadka dzieci. Parę adoptowanych i parę naszych. Rozumiecie? Dom pełen magii. Dzieci rozwijające się, które jeszcze nie wiedzą, że są czarodziejami podbiegają do nas na przykład z małym ziarenkiem i nagle z niego kiełkuje stokrotka.  To jest moje wymarzone życie, lecz wiemy, że nigdy nie dostaniemy tego, czego chcemy. Więc zawsze chłopaki mam plan B i nawet teraz, kiedy będziemy odbijać, Ellie mam plan B i około jeszcze dziesięć w zanadrzu, bo znam wasze możliwości…
- Spoko, fajnie, że w nas wierzysz Lunatysiu –wyszczerzył się Syriusz, po czym zaczął grać na gitarze i śpiewać jedną z ładniejszych piosenek Beatlesów. Spojrzał na kierowcę, który przygryza wargę. Nie dano mu się wygadać na temat życiowego plany B. Długowłosy uśmiechnął się i przestał grać. –No to, jaki jest ten twój plan B na życie no i mógłbyś się z nami podzielić planami jak odbić tą twoją kobitę.
- Ja… Dzięki tobie Łapo w końcu zapomniałem, co chciałem powiedzieć –prychnął urażony, co robił tak komicznie, że nawet Peter cicho pod nosem się zaśmiał. –Dobra już wiem, co miałem powiedzieć. Przestań klaskać James to irytuje barani łbie. No to tak…, Jeśli Ellie będzie wolała tego dupka to nie zapomnę o niej jednak będę chciał żyć normalnie. Może się na jakieś studia zapiszę? Wyobrażacie sobie Dr., Lupin? Nie ja sobie tego też nie wyobrażam. Pewnie zostanę samotnym wilkiem i zwiążę się z jakąś inną watahą wilkołaków jednak nie martwcie się będę was nawiedzał. I będę rozpuszczał twoje dzieciaki James, jeśli się ich doczekasz i pan Zdzisiek nie zawiedzie.
- Ciesz się Lunatyku, że jesteś kierowcą, bo bez skrupułów bym cię udusił –warknął James aż mu się poroże pojawiło. Czasami się tak zdarzało, że jak się bardzo wkurzył albo też, jeśli poczuł się skompromitowany to w takiej mieszance dawało mu poroże. Zabawnie to może i wyglądało jednak James tego nienawidził a teraz nawet nie mógł siebie odczarować o przecież nie wolno używać magii poza Hogwartem, ale skoro wyczarowali kasę na nocleg, kluczyki do bryki to, czemu niemiałby pozbyć się poroża? Wyciągnął różdżkę, na której od pewnego czasu siedział i sprawi, że poroże zniknęło.
- A jeśli chodzi o nasz plan to mamy jeden, ale mam też dziesięć pod planów, czyli jeśli jakiś kawałek nie wypali to szybko mamy podpunkt b, c, i tak dalej. Chodzi o to, że musimy ją w pewien sposób no cóż… Uprowadzić. Glizdogonie ty pierwszy, jako szczur masz narobić w tym domu zamieszania tylko żeby cię nie złapano chodź i na to mam podpunkt. Łapo wleziesz tam, jako pies i ciągnąc za rękaw wyprowadzisz gdzieś gdzie będzie blisko lasu, ale daleko ludzi. Ty James, jako jeleń niczym pierwszorzędny koń przyprowadzisz ją do samochodu. Gdzie wszyscy musimy się spotkać. Jakby, co ja mogę jakoś zaalarmować, jeśli będzie zbliżać się niebezpieczeństwo. Będę nadzorował całą akcję. –przedstawił cały plan i spojrzał w lusterko by zobaczyć miny chłopaków. James uśmiechnął się od ucha do ucha dając znać, że w to wchodzi nawet, jeśli wszystko okaże się klęską podobnie było z Syriuszem, który przytaknął i wrócił do swej gitary. Chyba jedyny nie w sosie był dziś Glizdogon, który zmieszany delikatnie przytaknął, bo to on dziś będzie robił czarną robotę. Zapewne roiło się tam od pułapek na szczury a do tego gryzonie mogły spokojnie dostać Avadą i właściciele raczej by po nim nie zapłakali.
- Mogę ja też coś powiedzieć? –spytał cicho jakby bał się, że zaraz dostanie czymś w głowę. Nie był rozmownym chłopcem jednak i on chciał się wygadać, jeśli chodziło o temat gdzie się widzi za te 20 czy 30 lat. Zawsze o tym myślał, kiedy dostawał lepsze oceny i kiedy dostawał te gorsze. –A ja chciałbym zostać kimś wielkim. Rozumienie takim wielkim jak ci Aurorzy! Łapałbym tych złych i wpakowywał do paki i wszyscy by mnie wielbili. A potem pewnie też bym założył rodzinę, bo noże i ktoś mnie pokocha. I będę miał gromadkę dzieci. I chętnie bym was zapraszał i może jeden z was byłby nawet ojcem chrzestnym. Rozumiecie, co nie? Za to, że wy, jako jedyni mnie nie opuściliście. 
Syriusz zaśmiał się, ale to nie był broń Boże kpiący śmiech. Po raz pierwszy usłyszał od Glizgka to, o czym sam myśli i nie było to coś tak głupiego, że tylko tarzało się po ziemi zwijając się ze śmiechu. Powrócił do swej gitary nucił coś pod nosem przypominając sobie chwyty do jej tej piosenki a przynajmniej tak myślał James patrząc na przyjaciela góry przejeżdża dłonią po gryfie szukając akordów. Jednak zaczął grać chłopak nie miał pojęcia, jaką piosenkę gra. I dopiero po chwili jego móżdżek przyswoił sobie, że przecież mógł sobie tą piosenkę wymyśleć. Była lekka a komponując się z śpiewem łapy sprawiała, że cała atmosfera się rozluźniła. James siedzący za kierowcą spojrzał na znaki. Bo danej miejscowości pozostało już tylko 40 kilometrów a potem już musieli radzić sobie sami ze znalezieniem domu chłopaka, co raczej będzie większym problemem zważając, że miejscowość sama w sobie jest spora a dom znajdował się na obrzeżach. Jednak już z tym nie powinno być problemu, bo przecież Syriusz powinien wyczuć ją. Cała podróż odkąd Syriusz wziął gitarę przebiegała w spokoju, co jest dziwne, jeśli chodzi o nich. Jednak i w takiej ciszy nie mogli wytrzymać. James wziął telefon i wybrał do Lily, z którą miał zamiar porozmawiać, ale i tak zapewne tylko usłyszy ochrzan podobny do tego, który dostał Syriusz od Dorcas. Dziewczyna odebrała od razu a w słuchawce było słychać jej słodki głosik.
- Halo? Kto mówi? –spytała, lecz tak naprawdę z nadzieją w głosie myślała o James’ie. Chodź Dor jej mówiła, że to dupek, jakich wiele jednak jej serce już wiedziało, do kogo bije a biło do tego rozczochranego wiecznie chłopaka, którego kiedyś mogła spokojnie udusić swoimi rękami a dziś jedynie, kogo by udusiła to inne adoratorki chłopaka.
- Twój anioł struż rudowłosa –powiedział to takim tonem, że Syriusz prychnął rozbawiony i odłożył gitarę by posłuchać rozmowę tych dwóch kochanków. –Tak wiem, wiem. Wiem, że jestem idiotom nie tylko tu mi to mówisz. Też cię kocham. Tak, tak jesteśmy już pod koniec drogi. Jednak mam jedno skromne pytanie czy jeśli wrócę z tej tułaczki to wyjdziesz za mnie? Znaczy nie musisz odpowiadać teraz, pomyśl czy chcesz na pewno być związana z takim palantem jak ta. Pamiętaj będziemy wtedy „my” nie „ty” czy „ja”. Ja wolisz możesz mi nawet odpowiedzieć na te pytanie po szkole. Nie śpieszy mnie się.
I odłożył słuchawkę. Spojrzał na chłopaków i z dumom na ustach oparł się o siedzenie. Co raz mniej kilometrów dzieliło ich od celu. Remus coraz bardziej się denerwował, lecz jedyne, co go odprężało to, to, że w końcu będzie mógł ją przytulić i pocałować oraz wspomnienie z plaży i no cóż… Tej nocy po balu.
Ellie
- Odwiedzi dziś nas ktoś –powiedział z uśmiechem Nathan. Przecież w końcu niedługo mają nadejść święta ferie w Hogwarcie już się zaczęły –Przyjedzie razem ze swoją nową dziewczyną, więc powinna dotrzymać ci towarzystwa. Po za tym, jakie wolisz kwiaty do bukietu róże, lilie, tulipany? Po za tym mama prosiłabyś do niej przyszła. Jej suknia powinna na ciebie pasować.
- Poczekaj –uniosłam palec wskazujący tak jakbym się zgłaszała. Eliksir, który miał sprawić, że wilkołactwo zniknie osłabił mnie, co i tak było już dziwne skoro czułam się jak trup a teraz czuję się jeszcze gorzej. –Czy ty właśnie mi mówisz, że mam się z tobą hajtnąć? Nie żeby coś, ale chyba i ja mam coś do powiezienia, przynajmniej tak mnie się wydaje, że mam. Stałam się narzeczoną mimo woli za chwilę stanę się mężatką mimo woli. Nie sądzisz, że to dla mnie toczy się stosunkowo za szybko?
- Ja tym nie kieruję –powiedział i musnął moje wargi. Robił to stosunkowo często odkąd na mojej dłoni zawitał pierścionek. Już nie raz chciałam go za to trzasnąć, ale raczej zamiast uderzenia poczułby tylko muśnięcie o policzek. –Zacytuję cię Eleanore. „Wyjdę za niego”, wszyscy wysłannicy czarnego pana to słyszeli i niecierpliwią się. Sami chcieli być zaproszeni na tą piękną uroczystość. Ojciec ma zamiar dotrzymać słowa. Do tego myślisz, że tylko dla ciebie ta sytuacja jest nieprzyjemna? Nie martw się jesteśmy w to razem wplątani i tak naprawdę nigdy cię nie skrzywdzę. Obiecuję w każdym tego słowa znaczeniu. Pamiętaj, że możesz mi ufać kobieto. Zawsze mogłaś.
Przytaknęłam tylko i uścisnęłam go kładąc głowę na jego torsie. Czułam jak jego klatka piersiowa unosi się i opada a serce bije szybszym tempem niż zazwyczaj. Usłyszałam dzwonek do drzwi. Chłopak zerwał się i pobiegł do drzwi zostawiając mnie samą z pieskiem, do którego nadal nie mogłam się przyzwyczaić. Mała puszysta kulka, która tylko szczeka i szczeka. Miałam nadać jej imię jednak nie miałam jakoś weny na imię. Patrzyłam na nią mała i energiczna o ślicznych czarnych jak obsydian oczkach. Może nazwę ją po prostu Pusia, lecz to takie częste, to może, więc Wenus? Była naprawdę ładna i prawie każdy członek rodziny nie potrafił się na nią napatrzeć. Pozwoliłam jej po raz pierwszy wskoczyć na kolana i nagle cała jej energia opadła. Położyła łebek i zasnęła a ja mogłam spokojnie głaskać jej sierść. Do salonu wszedł chłopak o ciemnych włosach i jeszcze ciemniejszych oczach pod rękę z dziewczyną o brązowych włosach i jasnych błękitnych jak niebo oczach. Miała taki przyjacielski uśmiech a w oczach inteligencje nie jednej krukonki. Usiadła koło mnie jak stara znajoma chodź tak naprawdę jej nie znałam.
- Amanda –podała mi dłoń. Patrzyłam na jej dłoń jakby zapominając jak to się ściskało dłoń, kiedy się witało. Bardzo inteligentne zagranie Ellie. Jednak w końcu uścisnęłam ją a ta uśmiechnęła się promiennie jakby ten uścisk coś dla niej znaczył.
- Ellie –odwzajemniłam uśmiech chodź o wiele słabszy od dziewczyny. I nasza rozmowa na tym się zakończyła a nastała niezręczna cisza. Może powinnam ja zacząć? Z resztą i tak zapewnie zadałaby mi te pytania –Jestem Gryffonką , czyta krew a teraz sierota. Matka zmarła z powodu raka a ojciec został zamordowany przez czarnego pana byłam jedynaczką. Nienawidzę, kiedy ktoś mówi, że mu jest przykro, bo tak naprawdę nie wie jak ja się czuję a może właśnie teraz mam zamiar skończyć z szóstego piętra i się zabić. Byłam wilkołakiem, mój patronus to klacz, którą utożsamiam z matką a bogin to śmierciożerca. I to chyba tyle, co powinnaś o mnie wiedzieć, jeśli w ogóle chciałaś coś o mnie wiedzieć. Jakby, co pytaj chętnie odpowiem na pytania krukoni. To u was zresztą częste. Zawsze poszukujecie wiedzy…
Dziewczyna nie odpowiedziała od razu. Założyła nogę na nogę i zaczęła się rozglądać się po salonie, czyli nasza znajomość zbytniego sensu niemiała przynajmniej tak myślałam.
- Skąd wiedziałaś, że jestem z Ravenclaw? –spytała unosząc brew. Zaśmiałam się a ta jeszcze bardziej się zmieszała ściągając zabawnie brwi i marszcząc nos. 
- Po oczach –powiedziałam z uśmiechem. Dziewczyna nadal nie rozumiała, co było dosyć dziwne zważając na to, że przecież ta wielka pani jest krukonką. Wielką inteligencją. –Oczy są odzwierciedleniem duszy jak to gdzieś słyszałam a w twoich widziałam czystą inteligencje, więc nie trudno było się domyśleć, że jesteś z Ravenclaw. Po za tym ładna przypinka czyż to nie twoje godło?
Dziewczyna zaśmiała się głośno i odpięła przypinkę w żakietu, po czym mi ją dała mówiąc „będziesz o mnie pamiętała moja przyjaciółko”. Ściągnęła żakiet a skrzat domowy, który nagle się pojawił wziął go i zniknął. Zawsze mnie to ciekawiło jak te małe stworki nagle się pojawiają i znikają. Może i bym się tego nauczyła gdybym nie zniknęła ze szkoły a tak nadal dla mnie tajemnicą jest teleportacja, która wydaje mi się naprawdę ciekawa i intrygująca. Wenus zerwała się na równe łapki i zaczęła biec przed siebie bez żadnego celu. Pociągnęłam Amandę i zaczęłyśmy biec za psem razem. To zabawne, jak jaki mały piesek na tak krótkich łapkach może zapierniczać. Aż się za nim kurzy! W końcu wpadł do pokoju mamy Nathaniela, która siedziała na łóżku ze suknią ślubną na kolanach z igłą i nicą w rękach. Zatrzymałam się w progu a Amanda na mnie wpadła, bo nie zdążyła zahamować i obydwie poleciałyśmy na panele tuż przy stopach pani O’Collmelan. Kobieta zacmokała mało zadowolona, po czym odłożyła suknie i podała mi i Amandzie pomocną dłoń byśmy wstały. Otrzepałam się a w moje ręce została wciśnięta suknia ślubna i dostałam rozkaz by się w nią przebrać. Pasowała jak ulał chodź w niektórych miejscach była przydługawa to jednak nie było tego tak bardzo widać. Suknia jak w tych wszystkich filmach o księżniczkach bogato zdobiona falbankami ażeby było jeszcze bardziej zdobnie to było wiele małych perełek i miliard cekinów. Czułam się w niej jak kula dyskotekowa, ale nic się nie odezwałam.
- Planujecie ślub? –odezwała się Amanda z szeroko otwartymi oczami. –Barty coś mi wspominał, ale wpierw mu nie wierzyła. Musicie się naprawdę kochać skoro aż tak wam śpieszno ze ślubem.
- Tak szczerze –westchnęłam. Chyba mogłam jej ufać. –To nie do końca jest tak jak uważasz. Kocham go, ale jestem typem człowieka, który wolałby się hajtnąć za jakieś przynajmniej trzy lata a nie teraz. To wszystko przez to, że obiecałam czarnemu panu, że ożenię się tylko niech zostawi mojego ojca i zostawił, lecz wcześniej go zabił. Gdyby nie był taki potężny uznałabym, iż to, na co się zgodziłam jest nieaktualne zważając na to, że nie do końca wywiązał się z umowy. Jednak jak widzisz niby uczuć nie ma a jednak niecierpliwie oczekuje zaproszenia za ślub. Urocze to z jego strony czyż nie?
Dziewczyna się nie odezwała jej usta ułożyły się tak że już słyszałam bezgłośne „Przykro mi” I wtedy przypomniała sobie że to przecież ja i ja nie mam zamiaru słuchać słów taki jak „przykro mi” czy „wiem co czujesz” na pewno nie wiedziała co czuję i byłam tego w 100 % pewna.

środa, 21 stycznia 2015

Rozdział XVI

Ellie
Jess chwyciła mnie za dłoń, kiedy leciałam na ziemię. Przecież widziałam Remusa on do mnie biegł!  Chciałam go złapać, ale on rozpłynął się w powietrzu. Coraz to ze mną gorzej. Słyszałam jak Jess wzywa pomocy a ja nie mogłam nic powiedzieć. Zemdlałam i obudziłam się w karetce. Nigdy jeszcze nie byłam w karetce mugoli no chyba, że to nie jest karetka mugoli. Otaczali mnie ludzie w uniformach ratowników. Na jednej z ławeczek siedziała mama Nathana, która wyglądała jak śmierć. Może teraz powinnam nazywać ją mamą? Tak dla niepoznaki? Znów bezsilnie odpłynęłam i obudziłam się dopiero na Sali. Podłączona zostałam do kroplówek do tego te dziwne rureczki, które wprowadzały tlen od razu do nozdrzy. Rozejrzałam się powoli na krześle obok zasnął Nathan. Wyciągnęłam dłoń w jego stronę a ten obudził się od razu i chwycił za nią. Uśmiechnęłam się blado.
- Jesteś jedynie odwodniona, ale wynaleźli coś niecodziennego w twojej krwi i ministerstwo musi trochę namieszać w ich pamięci. –powiedział. –Jakby, co nie jesteś Eleanore Frey tylko Jodi Addams. Nasz, wujek już to załatwił. Znaczy możesz się do wszystkiego przyznać, ale wtedy cała nasza rodzina straci różdżki a my będziemy uznani za wrogów czarnego pana i wszyscy umrzemy. Rozumiesz?
- Chcę do domu! Chcę się obudzić znów w Hogwarcie! –dopadła mnie histeria. Zaczęłam ryczeć. –Chcę mieć koło mojego boku moje stare przyjaciółki! Chcę żeby moja mama żyła! Nie wytrzymam dłużej udając kogoś, kim nie jestem! Błagam! Ja już nie chce!
- El… Ci…- zaczął mnie uciszać a pod nosem zaczął nucić coś. Zachowywał się jakbym miała 5 lat. Tyle, że w tym momencie się tak zachowywałam. Nucił jakąś kołysankę, jaką nuci się dzieciom by zasnęły.
- Jesteś kimś z rodziny? –spytała pielęgniarka. Nie wyglądała na potulną panią tylko kobietę o stalowych zasadach. Chodź jej blond włosy prószyła siwizna a jej twarz otaczały drobne zmarszczki nie wyglądała na tak starą, ale piorunujący wzrok dodawał jej lat.
- Ja… Jestem jej narzeczonym. –palnął.  Lecz wydawało mi się, że w tej sytuacji powinien się zarumienić a ten tylko ścisnął mnie za dłoń a kiedy zrobił poważną minę wyglądał nawet na trochę ponad 20 lat. Do tego ja z moją wyniszczoną posturą mogłam wyglądać na starszą a z lewymi dokumentami nie miałam pojęcia ile mam lat. Znaczy wiem, że tak naprawdę to, 17 ale papiery mogły mi dać 21. E tam 4 lata w tą czy w tą.
- Och, jakie to urocze –w jej głosie nie wykryłam przejęcia, co najwyżej w 100 procentach sarkazm.  –Rozumiem, że pan chce być ze swoją ukochaną, ale nie jest pan aż tak bliską rodziną. Chodź niech stracę. Zawsze jestem kamieniem. Siedź sobie z nią tylko podaj jej leki i pomóż podać jedzenie. Wygląda jak 7 nieszczęść. Nie chcę nic mówić, ale co się stało, że wygląda tak mizernie?
- Żałoba po śmierci matki ją tak zniszczyła –mówił tak płynnie jakby każda formułka była wyuczona na pamięć tak jak zaklęcia, którymi się posługiwał. –Była jej najlepszą przyjaciółką po stracie ojca, który rozwiódł się z jej matką po tym jak poroniła ich syna. Były tylko we dwie. Rozumie pani. Potem wykryto u niej poważną chorobę i zmarła, a sama Jo pogrążyła się w żałobie. Próbowaliśmy wszystkiego by chodź troszeczkę zjadła jakiejś zupy. Czasami moja mama gotowała dla niej najprawdziwsze frykasy, lecz ta nie tknęła ani jednego. Psychologowie mówili tylko „Potrzebuje czasu”, lecz to tak jakby już spisywali ją na straty, jakby już widzieli ją w trumnie, spokojną na twarzy, martwą ciałem a jedynie żywą duszą. Rozumie pani? Ona się sama poddała i już nie chciała żyć. Jednym słowem popadła w depresje a ten przypadek choroby raczej pani nie raz widziała i wie pani, co to za straszna choroba.
Kobieta skinęła głową i wyszła a ja przymknęłam powieki, parę łez ściekło mi po policzku. Może naprawdę mam depresję? Z resztą nie ważne w końcu to i tak minie, pęknie jak bańka mydlana. Może tato mnie odnajdzie? Może zabierze do domu? Poczułam ciepłą dłoń, która chwyciła za moją. Załkałam cichutko. Druga dłoń delikatnie przejechała po moim policzku. Przed moimi oczami jak jeden krótki film przeleciało mi życie. Nie umierałam, po prostu wspominałam. Przypomniała mnie się 5 klasa Ti ten czas, kiedy razem z Nathanem obrzucaliśmy się, o zgrozo, łajnem hipogryfów. Tyle, że to on zaczął i to on w końcu dostał najbardziej, bo sam musiał brać swoją szatę i moją szatę a ja dostałam ten przywilej, że mogłam się wykąpać w łazience prefektów. Pamiętam, że było wiele mydeł a z nich powstawały różno kolorowe bańki. Wtedy po raz pierwszy mogłam się zachowywać jak pięciolatka i nawet towarzystwo Marty jakoś mnie zbytnio mało irytowało a właśnie uszczęśliwiało. Pamiętam śmiech Marty był taki słodki i wysoki jak głos słowika. Jednak potem już nigdy więcej go nie usłyszałam. Pamiętam 3 klasę, kiedy to huncwoci wysadzili łazienkę dziewczyn, kiedy prawie połowa z nich to były ślizgonki. Tynk a dokładnie makijaż spływał po nich niczym wosk po świeczce. Ja miałam wtedy właśnie chodzić, lecz jakiś dobry duszek po nawie prawie bezgłowy Nick powiedział mi, że doszły nowe książki do biblioteki i jak to ja z uśmiechem na ustach pobiegłam do niej i wtedy tylko usłyszałam huk a korytarz zalał się wodą i mam tylko nadzieje, że to była TYLKO woda. Jednak najdziwniejsze z tych wspomnieć, które pamiętałam było wspomnienie, które tak naprawdę nie powinnam pamiętać, bo miałam mniej niż 4 latka. Możliwe, że trzy nie mniej nie więcej. Byłam wtedy normalnym dzieckiem. Biegłam przez łąkę pełną polnych kwiatów, które sięgały mi do pasa a moja mama biegła za mną. Śmiałam się w niebo głosy i wtedy nagle wpadłam na kogoś mężczyzna miał smukłą posturę i czarne gęste włosy, uśmiechnął się parszywie a ja zrobiłam podkówkę i zaczęłam biec do mamy. Kobieta wzięła mnie na ręce i syknęła coś do mężczyzny w stylu, „Czego chcesz” ten odpowiedział tylko „Chciałbym żeby wasza córka, gdy dorośnie dołączyła się do mnie, bo wy już niezbyt byście mi pomogli” kobieta pobladła „Znasz przepowiednie, więc, po co rozmawiasz ze mną. Wiesz, że i tak i tak nie do końca do was dołączy i wiesz też, że to nie jej dziecko, kiedy dorośnie cię zniszczy Tom.” Mężczyzna podszedł do kobiety i przejechał po jej policzku „Waleczna jesteś jak na puchona nie dziwę się, że Felix cię chciał. Równy z niego gość chodź młodszy od mnie to zawsze można było na niego liczyć, ale na ciebie trudno” kobieta cofnęła się przyciągając mnie do siebie jeszcze bardziej. „Ma twoją urodę, lecz jak tak po nie patrzę to charakter ojczulka, dzieci to takie nieokrzesane diamenty, ich charakter się zmienia tak często, że w końcu nie wiesz, do kogo jest dziecko podobne i strzelasz tylko z wglądu”, uśmiechnął się i poczochrał mnie, po czym zniknął. Dziwne jest to, że teraz te wspomnienia mnie się przypominają a nie wcześniej. Może to ma jakieś znaczenie na przyszłość? Zerwałam się i zobaczyłam, że za oknem nadal świeci, lecz kalendarz mówił coś zupełnie innego. Kolejny dzień nastał. W radiu usłyszałam kawałki, Beatlesów nie za szybkie ani nie za wolne takie odpowiadające porannej porze. Na krześle koło mnie oparty na nadgarstku spał Nathan, któremu tak zabawie opadały włosy na prawą część twarzy. Rozejrzałam się po Sali. Byłam w niej sama i raczej po wielkości jej nie powinno być więcej ludzi. Po mojej prawej oprócz Nathana i małego stoliczka miałam też okno miej więcej metr na metr a po lewej kroplówka, z której krople poprzez rurkę i wenflon przedostawały się do mojego organizmu. Widziałam też małą szafkę nocną po mojej lewej i w końcu pół otwarte drzwi, przez które docierał gwar szpitalny oraz jego specyficzny zapach.
- Obudziłaś się w końcu –głos Nathaniela był zbyt charakterystyczny by go pomylić. Ziewnął potężnie, po czym przeciągnął się a każda nawet najmniejsza kosteczka strzelała. –Z tego, co słyszałem to nas wypuszczają i to dziś, bo tak ministerstwo zarządziło i najwyżej przeniosą cię do szpitala świętego Munga chodź twierdzę, iż to nie ma sensu, bo twój przypadek nie jest magiczny jest w 100 % ludzki.
- Telefon do pana O’Collmelan’a –weszła pielęgniarka –Jakiś Barty Junior do pana. Czy mam go odłączyć czy chce pan z nim rozmawiać? To jakaś rodzina?
- Bliski przyjaciel –uśmiechnął się szelmowsko i wyszedł oczywiście nie zapominając o dobrze odegranej roli kochającego narzeczonego, czyli nie pominął nawet pocałunku, po czym wyszedł, lecz zostawił drzwi uchylone na wszelki wypadek. Spojrzałam na swoje dłonie a dokładnie na patyki. „W reszcie mogłaby robić karierę w modelingu” zaśmiałam się z własnego żartu. Na palcu serdecznym mojej lewej ręki zauważyłam pierścionek z małym kamyczkiem koloru wrzosu. Czyli najwyraźniej chyba naprawdę stałam się bez mojego „TAK” narzeczoną pana Nathaniela.
Westchnęłam, po czym wstałam z łóżka. Przed moimi oczami pojawiły się mroczki, ale nie na tyle sile bym straciła przytomność. Kurczowo złapałam się stojaka na kroplówkę i razem z nim na bosaka wyszłam z mojej klitki. Na korytarzu przy telefonie stał opierając się jedną ręką o ścianę Nathaniel był spokojny a nawet j za spokojny jak na tego człowieka. Z tylnej kieszeni jego spodni wystawały dwie różdżki. Czyżby jedna była moją? Pomału doczłapałam do chłopaka, byłam ubrana w te charakterystyczne szpitalne pidżamy a moje włosy skołtunione opadały na plecy. Wyminęłam go chwytając jedną z różdżek, lecz nie był aż tak głupi i jagle chwycił mnie za nadgarstek i jednym ruchem prawie mi go wykręcił. Odwrócił się momentalnie i puścił mnie, po czym wrócił do rozmowy zakańczając ją zwykłym „Dobra muszę kończyć stary, jeśli coś będzie się działo to dzwoń”. Spojrzał na mnie i zaczął kręcić głową z tym jego charakterystycznym uśmieszkiem. Podał mi dłoń a ja musiałam ją chwycić.
- Nie możesz się przemęczać kochana –powiedział i musnął moje usta. Tak dziwne było słychać z jego ust słowo kochana i tak dziwnie było czuć jego smak ust na moich ustach.
-Wypis gotowy –krzyknęła jedna z pielęgniarek zwracając się do Nathana, który puścił mnie dodając coś, że ubrania na zmianę leżą na jego krześle. Jednak pielęgniarka szybko przerwała chłopakowi. –Kochana teraz pójdź do Sali numer 14 odłączą ci kroplówkę i welflon. Zrozumiano? Potem jak już wrócisz po ubrania to łazienka jest na końcu korytarza koło Sali numer 24 okej?
Skinęłam głową i ruszyłam przed siebie. Sala, do której zmierzałam była tylko kawałek dalej a jednak czułam się tak jakbym miała przejść całe USA od Nowego Yorku aż do Los Angeles.
***
Siedziałam w salonie a koło mnie biegał mały piesek specjalnie kupiony przez panią O’Collmelan dla mnie z okazji zaręczyn. Czy tylko dla mnie to jest, nie łatwe do ogarnięcia, że mdlejesz a po chwili budzisz się zaręczona z kimś, kogo tak naprawdę nie znam nawet w połowie? Chodź szczerze jak tak patrzeć to przecież nigdy nie poznamy kogoś w 100 procentach. Z resztą obiecałam samemu czarnemu panu a co za tym idzie przepowiednia, o której wspominała moja mama się spełnia. Musiałam się dowiedzieć całości tej przepowiedni. Wstałam z kanapy, po czym powolnym ślimaczym tempem podeszłam do kuchni w niej siedział ojciec, którego nie widziałam od zasłabnięcia miał minę promienną a kiedy mnie zobaczył to uścisnął tak, że aż dech w piersiach straciłam.
- Udało się! –krzyknął i uniósł mnie do góry, po czym obrócił. –Rozumiesz Eleanore? Wreszcie nie będziesz tym czymś w końcu będziesz normalna. Nie cieszysz się?
- Tak prze pana –uśmiechnęłam się delikatnie, lecz przecież nie po to tu przyszłam. Mężczyzna opuścił mnie na ziemię i przybrał kamienną minę. Czyżby wiedział, że coś poważnego chodzi mnie po mojej młodej główce. –Chodzi o to, że była kiedyś przepowiednia nie wiem, kto ją przepowiedział, ale prawdopodobnie dotyczy mnie. Może mi pan powiedzieć całość jej?
- Przykro mi –powiedział, ale mówił szczerze. –Nie znam tej przepowiedni a słyszałem, że tylko nieliczni ją znają w tym twój ojciec, twoja matka, sam czarny pan i może 5 śmierciożerców, którzy nigdy nie opuścili swojego pana. Słyszałem tylko to jak to zinterpretowali, mówili coś o tym, że narodzi się dziecko z wielką mocą i wywnioskowali, że to ty, lecz te dziecko nie będzie miało zamiaru dołączyć do nich, bo będzie w domu, Godryka lecz serce jej delikatne jak u Helgi sprawi, że po części będzie z nimi. Przynajmniej tak twierdzili. Jednak słyszałem też, że dziecko tej dziewczyny będzie mocą dorównywało samemu czarnemu panu chodź prawdopodobnie to dorobiona teza. I tyle tylko wiem słonko.
Remus
-Jesteś pewien, że potrafisz tym chłopie prowadzić? –Remus nie krył przerażenia, kiedy za kółkiem siedział Syriusz. Mężczyzna zaśmiał się a Remus aż wpił się w siedzenie. Nie było to dobrym pomysłem siedzieć na miejscu koło kierowcy. Spojrzał za siebie to samo najwyżej czuł Peter, który zwinął się w kulkę i zapiął się każdymi możliwymi pasami. Za to James czuł się w swoim żywiole stał na tyłach i patrzył przez szyber dach gdzie zmierzamy dodając dziwne okrzyki bojowe?
- Jestem królem świata! –krzyknął i jak wiemy z późniejszych lat, które niestety biedny chłopak nie dożył ten okrzyk będzie bardzo sławny. –Na Boga ten wiatr! Łapcio szkoda, że nie wystawiasz łeb. Jak myślisz mógłbym usiąść na dachu samochodu?
- Nie. –niczym typowa matka, Remus zmroził chłopaka wzrokiem a raczej jedynie to, co nie wystawało ponad szyber dach. Ech, westchnął chłopak, jeśli wypadnie to przynajmniej będzie miał nauczkę.
W końcu spróbował się zrelaksować i oparł się o fotel, po czym włączył radio. Czyż to nie ironia, że w samochodzie przewożącym wariatów a dokładnie Jamesa w radiu jedyne, co leciało to najbardziej dyskotekowe nutki, które chłopak oczywiście znał i zaczął im śpiewać. W tym „La Bambe”, przy której wydzierał się na całe gardło nie pozwalając biednemu Lunatykowi zdrzemnąć się chodź na kwadrans. W końcu się przyzwyczaił i do szybkiej jazdy łapy i do jazgotu James’a. I wtedy najnowszy telefon, jaki w tych czasach można było kupić, bądź zwinąć jak było w przypadku Syriusza, zadzwonił.  Jedną ręką zaczął prowadzić a drugą rozmawiać. Okazało się, że na drugiej linii była Dorcas, która ochrzaniła Syriusza za to, że no cóż… Się urodził? Że jest tępą pałą? Było też wiele innych wyzwisk, które wolałabym ocenzurować a które sprawiły, że na twarzy Łapci zawitał wielki uśmiech ala banan.
- Rzucam cię kochana –powiedział to tak jakby chciał to powiedzieć już długi czas temu. –Przepraszam coś przerywa. Szy, Szy coś przerywa. Pa pa kotku do nie widzenia.
Cała ta sytuacja tak wszystkimi wstrząsnęła, że aż James usiadł na fotelu i zaczął z uznaniem klaskać. W końcu nasz niewolnik uciekł z pod władzy Faraona. Rogaś oczywiście dodał coś w stylu „musimy to oblać” niestety pomysł ten został tak szybko zniszczony przez Remusa, że nawet nie mieli czasu chodź trochę wcielić go w życie. Jechali już tak prawie 12 godzin i to dokładnie bez celu, bo tak naprawdę nie mieli zielonego pojęcia gdzie znajduje się dziewczyna a Remus chciał ją jak najszybciej odnaleźć utulić w swych ramionach, ucałować i już więcej nie pozwolić jej uciec. Dla chłopaków to wydawało się to troszkę dziwne, ale nic nie mówili chłopakowi by nie podciąć mu skrzydeł. Skoro jechał po miłość swojego życia to, czemu by nie mieli mu pomóc? On im wiele tysięcy razy ratował tyłki prawie z każdej sytuacji a w szczególności, jeśli chodzi o sprawdziany. Jednak w końcu zatrzymali się w jakimś motelu z sfałszowanymi idealnie dowodami, a idealnie sfałszowanymi, bo przecież były magiczne i tak naprawdę te dowody mogły nagle z nikąd pojawić się tam gdzie niby zostały wydane. Padli na swoje łóżka znaczy Remek, Łapka i Robać bo dla biednego Glizdobona pozostała tylko podłoga. Spojrzał na nich spod łebka.
- Dobra Glizdek –powiedział James i wpakował się na łóżko Łapy. –Będę spał z moim ukochanym przyjacielem Łapą, który dopiero teraz dowie się, że coś do niego czuję! A czuję do niego najpiękniejszą nienawiść, że chętnie bym ci ten tyłek skopał podobnie tobie Lunatysiu a ciebie Glizdek oszczędzę jak nam kupisz po butli Whisky. Do rana wytrzeźwiejemy. Remek błagam chłopie.
- Jeden kieliszek nie zaszkodzi –mrugnął do chłopaka i włączył telewizor, po czym momentalnie zasnął po ciężkiej podróży i stał się obiektem westchnień, Rogasia który myślał czy namalować mu kaktusa na czole czy napchać mu no gąbki bitą śmietanę.
W końcu i gwizdek wrócił z Whisky oraz z czterema kieliszkami. Kochana kluseczka obudziła Rogasia, który przeciągnął się uwziął kieliszek z cieczą pełną alkoholu. Uniósł dłoń z kieliszkiem. Nadszedł czas, za co wypija a zaczęli od Glizgda, jako że zawsze był tym biednym.
- Wypijmy za dziewczyny żeby mniej było z nimi problemów –powiedział.
- Święte słowa –stwierdził Syriusz –Za to żebyśmy chłopie odnaleźli tą twoją.
- Dzięki –uśmiechnął się słabo Remus –No to wypijmy za to żebyś nas przypadkiem do nieba nie zawiózł z twoim talentem, kiedy siedzisz za kółkiem Łapo.
- No i ja –odezwał się oburzony James. –No i wypijmy za to by wszystko dobrze się potoczyło i żeby Łapuś znalazł w końcu odpowiednią dla siebie dziewczynę. Ciebie prosimy…
- James czy nie piłeś zanim my wypiliśmy? –spytał z uniesioną brwią Remek a James tylko uśmiechnął się parszywie i wzruszył ramionami. Za to wyszko wypili po kieliszku a potem tak się potoczyło, że i cała butelka poszła.